środa, 23 sierpnia 2017

Śnieżnik

Mam zwyczaj opisywać i polecać miejsca w których byłem i które sprawdziłem. Tak będzie i tym razem. Jako propozycję fajnego i ciekawego sposoby spędzenia czasu z rodziną lub znajomymi jest zdobycie mierzącego 1426 m. n. p. m. Śnieżnika. Warto wsiąść w samochód i pojechać około 120-150 kilometrów od Wrocławia do Międzygórza, lub Czarnej Góry by ruszyć na szlak z przepięknymi widokami. Zwrócę jednak uwagę na szlak czerwony prowadzący z Międzygórza do schroniska na Śnieżniku, a następnie na drogę od schroniska na szczyt.

Centrum Międzygórza, to jest w okolicach wodospadu jest niestety zaniedbane. Jest tu jednak gdzie zaparkować samochód, choć takim miejscem, gdzie zawsze znajdzie się miejsce jest duża zatoka zrobiona na przystanek autobusowy. Autobus pojawia się tutaj bardzo rzadko, więc nie ma obaw, że zablokuje się przystanek, byle nie stawać przy samej wiacie przystanku.

Od przystanku szlak prowadzi wąska uliczką w górę. Im bliżej wejścia do lasu tym lepiej mijane zabudowania się prezentują. Są to zarówno pensjonaty, jak i ośrodki agroturystyczne. Oznacza to, że można znaleźć tutaj przyzwoity nocleg.

Las zaczyna się pozostałościami po skoczni narciarskiej Skocznia działała w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Do dzisiaj pozostały widoczne próg skoczni, bula i zeskok, który kończy się na obecnym parkingu pod skocznią. Historia tego miejsca jest opisana krótko na tablicy przy wjeździe na parking.


Idąc dalej drogą już nie asfaltową a szutrową po przejściu przez niewielki drewniany most napotkasz rozwidlenie szlaków. Oba prowadzą do Schroniska na Śnieżniku, jednak jeden łagodnie poprowadzi dookoła i jest dobry dla rowerzystów i kogoś, kto wybrał się na spacer, a niekoniecznie chce się zmęczyć. Drugi, czerwony pnie się ostro do góry po korzeniach. Wymaga trochę siły, ale pokonują go także małe dzieci. Oba szlaki spotykają się znów po około 500 metrów wspinaczki szlakiem czerwonym. Przy ponownym wejściu na trakt znajdują się ławki i stolik, gdzie można odpocząć i posilić się.

Oba szlaki przez chwilę nachodzą na siebie prowadząc delikatnym podejściem szerokim traktem. Przy kolejnym ustalonym postoju, z którego widać prawdopodobnie wyrobisko, oraz Górę igliczną na której zboczu jest sanktuarium "Matki Bożej Śnieżnej", szlaki znów się rozchodzą i tym razem czerwony szlak prowadzi w prawo. Jest to kolejne bardziej wymagające podejście. Droga prowadzi dookoła jednej z gór Masywu Śnieżnika, po jej zboczu. Także tu znajdują się atrakcje w postaci form skalnych i wspaniałych widoków gór po stronie czeskiej. Do samego schroniska prowadzi bardzo strome podejście.




powyżej widoki ze szlaku czerwownego

Przy schronisku jest bardzo tłoczno. Powodem tego jest spotkanie się w tym miejscu wszystkich polskich szlaków prowadzących na szczyt. Roztaczają się stąd niesamowite widoki na góry z wierzą widokową na Czarnej Chorze włącznie. Schronisko na Śnieżniku cieszy się dużą popularnością wśród turystów, dlatego wiąże się to niestety z dużymi kolejkami. Jest to także dobre miejsce na nocleg.
Schronisko na Śnieżniku

Widok z tarasu pod schroniskiem na Śnieżniku

Od schroniska niebieski szlak w górę prowadzi na szczyt. Jest on dość oblężony przez turystów, dlatego dobrą opcją jest zejście na czeski czerwony szlaki idący wzdłuż granicy Polsko- czeskiej. Warto zauważyć, ze przy samym szczycie rośnie sosna karłowata i są olbrzymie połacie jagód.
słupek graniczny na 
czerwonym czeskim 
szlaku w drodze na szczyt

Widok na Czarną Chorę 
z wieżą widokową 
Spacer w Chmurach

Szczyt jest dużą polaną na której nie da się nie zauważyć ruin wieży widokowej. Znajduje się tutaj także duża ilość form kamieni ułożonych przez turystów. Dookoła roztaczają się widoki na liczne pasma Sudetów, a przy dobrej widoczności można dojrzeć nawet Śnieżkę.

ruiny wieży widokowej na Śnieżniku





powyżej widoki rozciągające 
się ze szczytu Śnieżnika

Żeby przypadkiem nie pomylić drogi warto z góry schodzić niebieskim szlakiem do schroniska. Od schroniska wracałem czerwonym szlakiem, ale tutaj jest dowolność. Poziom trudności wejścia oceniłbym na średni, przynajmniej szlakiem czerwonym. Pokonują go rodzice z dziećmi, czasem niosąc roczne szkraby na rękach (w takim przypadku jednak wole polecić nosidełko z plecakiem, jest dużo poręczniejsze). Czerwony szlak jest średnio uczęszczany, więc nie zobaczysz tutaj takich kolejek jak na sławnym zdjęciu kolejki do wejścia na Giewont w Tatrach. Śnieżnik jest rezerwatem przyrody i trzeba zachować tutaj zasady zachowywania się jak w rezerwacie przyrody przystało. Co do ekwipunku, to wygodne buty sportowe lub trekkingowe i wygodne ubranie są wystarczające.

Pojawiła się nowa funkcja na blogu służąca do subskrypcji "obserwuj", która znajduje się w prawym górnym rogu. W telefonach i na tabletach trzeba przełączyć na wersję na komputer, taka możliwość jest w dolnej części bloga

Jeśli chcesz być na bieżąco subskrybuj bloga wciskając przycisk obserwuj i polub fanpage na Facebooku. Link znajdziesz tutaj.




środa, 16 sierpnia 2017

8 Regatta Bieg na Wielką Sowę- wracam

To mój pierwszy start w tym roku i pierwszy wpis. Do tego co chcę zrobić dalej wrócę na końcu, ale najpierw chcę opisać ten lokalny bieg. Był to mój drugi bieg na Wielką Sowę i czwarty bieg górski. W niedzielę rano ruszyłem do Ludwikowic Kłodzkich wraz z kibicującymi mi rodzicami i siostrą. Po dotarciu do zajazdu Harenda odebrałem pakiet startowy, który składał się z koszulki z biegu, skarpetek, niewielkiej ilości ulotek i przewodników, drobnej drożdżówki, żelu energetycznego, izotoniku wody i co ciekawe piwa.

Po przebraniu się między innymi w koszulkę i skarpetki z biegu poszedłem szukać znajomych. Udało mi się spotkać Agę, z którą biegłem w Biegu na Wielką Sowę 2 lata temu, oraz w Górskim Biegu Niepodległości w Świerkach.

Wziąłem udział w ogólnej rozgrzewce po czym ustawiłem się jak zwykle w końcu stawki. Na starcie zjawiło się ponad 600 biegaczy. Jedni walczyli o wygrane w całym biegu, jak i w rzadko spotykanych premiach górskich (wiązało się to z nagrodami rzeczowymi i finansowymi). Inni jak ja biegli dla zabawy, by ruszyć się, może by kogoś poznać.


Po odliczaniu cały peleton się ruszył. Najpierw było paręset metrów płaskiego biegu po asfalcie. Droga była ciasna i często się korkowała. Następnie zaczął się podbieg drogą szutrowo- ziemną pod górę. Tutaj zaczęło się powoli przerzedzać, ponieważ coraz więcej biegaczy, szczególnie z końca stawki zmieniło bieg na marsz.

Ja w tym czasie się nie poddawałem i drobiąc kroki wolnym truchtem wspinałem się pod górę wyprzedzając kolejnych uczestników biegu. Po dobiegnięciu na szczyt pierwszego podbiegu zaczął się zbieg do Sokolca. Tutaj nabierałem sił przyspieszając niewiele, ponieważ wiedziałem, że za kościołem w Sokolcu czeka kolejna, trudniejsza wspinaczka.

Po zbiegnięciu do Sokolca, gdzie byłem wyprzedzany przez część ożywionych biegaczy znów zaczęła się mozolna wspinaczka na Przełęcz Sokolą. Tutaj także się nie poddawałem i krok za krokiem pokonywałem powoli truchtając kolejne metry. Bardzo dużo ludzi podchodziło tutaj, ponieważ podbieg był dość stromy i wyczerpujący.

Na Przełęczy Sokolej był pierwszy wodopój. Swoim zwyczajem wziąłem dwa łyki, a pozostałą zawartość kubka z wodą wylałem na siebie dając sobie odrobinę orzeźwienia. Tu było parę metrów po płaskim i zaczął się najtrudniejszy podbieg od przełęczy do schroniska górskiego Orzeł. W połowie tego podbiegu i ja nie dałem rady i zacząłem maszerować. Wykorzystałem tą chwilę na opróżnienie żelu energetycznego.

Po dotarciu do Orła znów zacząłem biec wiedząc, że najgorsze już za mną. W niedługim czasie dotarłem do schroniska Sowa, gdzie był drugi wodopój. Tutaj także trasa biegowa odbija w prawo schodząc ze szlaku czerwonego na jakieś 2,5 kilometra. Były zbiegi i podbiegi, Po czym przed ostatnim kilometrem do mety trasa wróciła na czerwony szlak.

Ostatni podbieg był już pewną ulgą, wiedziałem, że za chwilę będzie meta. na jakieś 500 metrów potknąłem się, ale poza wytrąceniem mnie z rytmu biegowego na szczęście nie niosło to za sobą żadnych konsekwencji. W końcu udało się dobiec do mety na której dostałem medal z biegu. Poprawiłem swój czas sprzed dwóch lat o około 10 minut.

Na mecie udałem się do trzeciego punktu żywieniowego gdzie dostałem kawałek arbuza, banana i napój izotoniczny. Po dłuższej chwili odpoczynku ruszyłem na czerwony szlak, by spacerem dotrzeć do Przełęczy Sokolej, by stamtąd autobus zabrał mnie do Harendy.

W Harendzie była bardzo długa dekoracja, ponieważ było dużo grup rywalizujących ze sobą. Cały bieg mogę udać za udany i mogę szczerze pochwalić organizatorów za tak dobra organizację biegu. Cała trasa jest dobrze przygotowana, a pakiety startowe są tutaj najbogatsze.

Na koniec ogłoszenia.

Reaktywuję tego bloga i będę starał się z wami tutaj dzielić spostrzeżeniami, refleksjami i możliwościami spędzenia czasu poza pracą w sposób na sportowo i rekreacyjnie. Będę starał się to wszystko wrzucać w każdą środę. Znajdziecie tu aktualności ze startów w imprezach sportowych, propozycję wypadów w góry, w ciekawe miejsca, będę też opisywał wyprawy i różne atrakcje.

zapraszam do czytania bloga i subskrypcji strony na fb

niedziela, 20 listopada 2016

Zimowa aura na Biegu Niepodległości w Świerkach

W ostatnich latach dużą popularnością cieszą się biegi niepodległości. Do tej pory biegałem w Świdnickim Biegu Niepodległości, jednak na zaproszenie Agnieszki w tym roku wybrałem się na Bieg Niepodległości w Świerkach. Jest to lokalny górski bieg, którego trasa wynosi 10,4 kilometry. Strat i meta są zlokalizowane przy świetlicy wiejskiej w Świerkach.

Pakiet startowy był tym razem skromny. Zawierał numer startowy, napój izotoniczny i talon na posiłek. Jego plusem było natomiast to, że nie był napompowany zbędną makulaturą. Po zapisaniu sie przez dłuższy czas siedziałem w świetlicy by nie marznąć niepotrzebnie.

Po dłuższej rozgrzewce ustawiłem się na starcie swoim zwyczajem na końcu grupy biegaczy. Spotkałem tutaj Agnieszkę wraz z całą Iskrą Jaszkowa Dolna. przed startem odśpiewaliśmy jeszcze hymn i ruszyliśmy na trasę.

Pierwsze półtora kilometra ciągnęło się pod górę biegliśmy na przemian po śniegu i błocie. Było bardzo ślisko, więc trzeba było uważać na każdy krok, ponieważ łatwo było o kontuzję z tego powodu. Wielu uczestników w tym momencie odpuszczało i podchodziło pod górę. Przez to peleton się rozciągał i na drodze było coraz luźniej.

Po pierwszym podbiegu otworzyły się przed nami niesamowite widoki. Postanowiłem je uwiecznić i tutaj opublikować






Zimno nie pozwalało na szybki bieg. Każda taka próba kończyła się "odcięciem tlenu". Trasa była zróżnicowana. Było zarówno dużo podbiegów jak i zbiegów. Jeden podbieg musiałem podchodzić, ponieważ był bardzo ostry i nie byłem w stanie pod niego podbiec.

Na kilometr przed metą na zbiegu, na którym biegłem bardzo asekuracyjnie słyszę za sobą głośne i przeciągłe Paaaaaaaweeeeeeeł. Odwróciłem się, a to Agnieszka biegła na wariata nie patrząc na to czy się zabije. podjąłem próbę dogonienia mnie i tuż za nią pobiegłem do mety. odebrałem medal i wzorem obecnej mody zrobiłem sobie z Agą selfie.



Bieg był ciekawą propozycją na świętowanie dnia niepodległości. Może za rok też wystartuję. Wzorem z poprzednich kilku biegów postanowiłem pobiec reprezentując Szkołę Walki Drwala. Zapraszam do komentowania, oraz na bloga Agi tutaj, gdzie pewnie niedługo pojawi się jej relacja z tego biegu


sobota, 22 października 2016

W walce z chorobą

Jak wielu moich znajomych wie, choruje na łuszczycę. Nie jest to aż tak strasznie uciążliwe, a jednak brzydko wygląda i czasem swędzi. Jednak nie jest to zakaźne, więc nie ma czego się bać.

Dlaczego jednak poruszam temat na blogu o czasie spędzonym poza godzinami pracy, gdzie czasem opublikuję jakiś ciekawy start w różnych zawodach, czy z ciekawych miejsc, z fantastycznymi ludźmi? Ponieważ jest to dla mnie dodatkowa motywacja.

Do tej pory stosowałem tylko maści i płyny na ciało. Niedawno dowiedziałem się, że powinienem stracić jeszcze trochę masy, schudnąć. Pewnych rzeczy nie powinienem jeść.

Ostatnio podczas ważenia, waga pokazała mi 93,5 kg. Wzrostu mam 182 cm. Moim celem jest 78 kg. Ponieważ udało mi się zrzucić 10 kg (2 kg odzyskałem), więc wiem, że jest to możliwe.

Co jakiś czas pewnie będę publikował postępy i ćwiczenia, więc zostało mi tylko życzyć powodzenia.

czwartek, 13 października 2016

Srebrna Góra

Od jakiegoś czasu nie opublikowałem tutaj. Choć nie będę pisał często, to jednak z publikowania nie zrezygnuję. Dlatego dziś opiszę coś, niezbyt dokładnie, co miało miejsce jeszcze podczas wakacji. Kiedy? To nie istotne.

Konkretnie chciałbym się skupić na kilku aspektach z mojego dwudniowego wyjazdu na forty do Srebrnej Górze. Bylem tam rodzicami i znajomymi. Nocleg mielismy na forcie bocznym Wysoka Skała (dawny Fort Harcerz) pod namiotami.

Pierwszą rzeczą na którą chciałem zwrócić uwagę to Fort Chochoł. Wielki fort przy jednej z tras MTB. Można tu wejść do kazamatów, w których jest ciemno. Fajne to działa na wyobraźnię. Szczególnie jak oglądałem łukowe sklepienie korytarza wętylacyjnego, którego nie trzymała żadna zaprawa. Jeśli chciałbyś dotrzeć do tego fortu, to na przełęczy między fortami kieruj się na Don Jona, a następnie odbij drogą w lewo.

Druga rzecz warta opisania tutaj to tyrolka. Jeździłem na niej już kilka razy i zawsze dobrze się bawiłem. Mierzy ona obecnie około 600 metrów i dodatkową atrakcją jest przepinanie się między linami na platformach umieszczonych wysoko na drzewach. Zjazd zaczyna się nad fosą Don Jona i kończy się na tzw. Dużym Wietnamie. Właściciele tej atrakcji chcą ją powiększyć (od fortu Don Jon do willi Hubertus) do największej tego typu atrakcji a Polsce. Niedługo zamieszczę tutaj filmiki z Tyrolki.

Na tych dwóch rzeczach zakończę. Na koniec chciałem podziękować za pierwszy tysiąc wyświetleń

wtorek, 23 sierpnia 2016

Bieg po zdrowie przy 17 Toyota Półmaraton- 7 km

Dzisiaj tak siedząc wspomniałem na słowa papieża Franciszka o siedzeniu na kanapie. A że miałem taki humor (nic mi się nie chce), postanowiłem zleźć z kanapy i iść pobiegać. Jednak nie o tym będę dzisiaj pisał, a o moim ostatnim starcie, który miał miejsce w minioną niedzielę.

Już dzień nie zapowiadał się dobrze Pogoda nie zachęcała do tego by jechać do Wałbrzycha, stawić się w biurze zawodów, już nie mówiąc o starcie. Mimo tego, byłem umówiony z Wojtkiem i jego kolegą Mikołajem, że jedziemy. I tak ruszyliśmy sod kościoła do Wałbrzycha na hale lekkoatletyczną.

Na miejscu odebrałem pakiet startowy, który mogę określić mianem "bieda z nędzą". Pakiet zawierał stos ulotkowej makulatury, numer startowy i wodę. Jeśli ktoś chciał koszulkę to musiał za nią dopłacić. Po przebraniu się i schowaniu zbędnego bagażu w samochodzie poszliśmy na rynek. Z naszej trójki ja miałem startować na 7 km, a Mikołaj w półmaratonie.

Biegłem bez jakiegoś specjalnego planu. Nawet to, żeby pierwszy kilometr odpuścić i poczekać jak się rozluźni, a dopiero potem przycisnąć nie wyszło mi. Startowałem mniej więcej równo z moim kierownikiem z pracy, ale szybko się od niego odłączyłem Po stu metrach poczułem, że moc jest ze mną i przycisnąłem z tempem, dwa razy schodząc poniżej 5 minut na kilometr.

Jedyne co mi wyszło z moich planów, to by nie korzystać z punktów nawadniania. Po pierwsze 7 kilometrów nie potrzebuje takiej ilości wody, czy izotoników, a po drugie, wiedziałem, że będą korki. Było około 2500 osób startujących, więc na trasie było ciasno, a korki przy wodopojach były duże.

Po sześciu kilometrach mocnego (jak na mnie) biegu poczułem brak tlenu. Musiałem trochę zwolnić, bo wiedziałem, że muszę dotrwać do końca. Siły odzyskałem jednak na ostatniej długiej prostej i pozwoliłem sobie na finisz w stylu Usaina Bolta wpadając na metę jak burza.

Na mecie otrzymałem medal o tematyce Złotego Pociągu. Poszedłem zjeść makaron z mięsem i następnie udałem się do samochodu, by zmienić przemoczone ubrania. Cały bieg padało, raz lżej, raz mocniej, toteż cały byłem przemoczony i wyglądałem jak po dwóch godzinach treningu w Szkole Walk Drwala.

Na koniec warto wspomnieć o wyniku. Na 7 km oficjalny mój czas wynosi 38:15 co w porównaniu do startu na tym dystansie 2 lata temu było poprawą o około 7 minut. Biegłem też z włączonym Endomondo, które zakomunikowało mi, że pobiłem swój rekord sprzed niecałego tygodnia o 42 sekundy. Tak wiec mimo pogody to był zdecydowanie mój bieg.

Zapraszam do komentowania

[PR]

sobota, 13 sierpnia 2016

Światowe Dni Młodzieży Kraków 2016

Może najpierw tytułem wstępu gdyby ktoś chciał mi zarzucić, że to nie ma nic wspólnego z tematem bloga. To co tu napiszę ma wiele wspólnego, bo jest to niesamowita podróż. Jeśli ktoś mi powie, że pielgrzymka nie jest podróżą, to zawsze podaję jako przykład wszystkie pielgrzymki piesze (często ludzie idą samotnie) do Santiago de Compostella. Otóż pielgrzymka, czy takie spotkanie jak Światowe Dni Młodzieży są wspaniałą podróżą, którą nie tylko można wzbogacić umysł, ale także i ducha. Dlatego dzisiaj właśnie będzie o tym.

Świdnica

W samej Świdnicy niewiele się działo w związku z ŚDM. Choć celebrowanie tego spotkania ograniczyło się do właściwie trzech dni (dwa dni byli obcokrajowcy z Niemiec i chyba z Brazylii, oraz msza kończąca ŚDM w diecezji), to jednak już tutaj można było zacząć przeżywać to spotkanie. Właśnie tu poznałem kolejnego przyjaciela Thomasa, który na ŚDM przyjechał do Wojtka.

Dni w diecezjach kończyły się mszą odprawianą przez biskupa świdnickiego. Treści jego kazania dzisiaj już zupełnie nie pamiętam (poza tym, że było w pięciu punktach i w jednym opisywał Jakuba apostoła). Pozdrowił też pielgrzymów w kilku językach. Następnie na Festiwalu Młodych była okazja na trochę zabawy z gośćmi. Niestety niewiele tego było, bo po obiedzie dość szybko zaczęli opuszczać Świdnicę ze względu na dalsze swoje plany (ostatni wyjechali Hiszpanie).

Po pożegnaniu gości dużo czasu spędziłem z przyjaciółmi, czy to grając w piłkę nożną, czy w siatkówkę, czy też w noc przed wyjazdem do Krakowa śpiewając karaoke. W to także włączyła się moja siostra.

W dzień przed wyjazdem zostało zrobić ostatnie zakupy i spakować się na Kraków. Wieczorem ksiądz Wojtek odprawił mszę w intencji osób udających się na ŚDM, gdzie podczas kazania zwrócił także uwagę na to, że nie ma sensu robić tylko zdjęć do których i tak się nie będzie wracało, ale warto przeżyć to jako niesamowite wydarzenie duchowe. Warto być uważnym. Wieczorem Wojtek odprowadził Thomasa do Pauliny, gdzie zrobiliśmy opisane wcześniej karaoke, a o drugiej w nocy żegnając się wróciłem do domu by się przebrać i wziąć bagaże.

Wydarzenia Centralne dzień pierwszy- Wadowice

Tuż po trzeciej w nocy autobusem wyruszyliśmy przez Żarów (skąd zabraliśmy grupę) do Wadowic. Pierwszy przystanek istotny był pod Wadowicami (nazwy wsi nie pamiętam), gdzie biskup tarnowski miał swoją katechezę. Mówił w niej o otwarciu się na miłosierdzie, oraz o wszystkich łaskach, które z miłosierdzia bożego płyną. Niedługo tej katechezie pewna siostra zakonna podzieliła się swoim świadectwem, które w poruszający sposób pokazało, jak boże miłosierdzie potrafi wyciągnąć człowieka z dna.

Po katechezie przejechaliśmy do Wadowic, gdzie przy wychodzeniu z autobusu powitali nas Kolumbijczycy. Dostaliśmy także od nich opaski z Kolumbii, oraz po krzyżyku. Stąd też poszliśmy do rynku w Wadowicach, gdzie nawiedziliśmy bazylikę wadowicką. Pod bazyliką ksiądz Wojtek powiedział o której się spotykamy i ja wraz z Wojtkiem i moją siostrą pozwoliliśmy sobie na chwilę adoracji, a potem poszliśmy na obiad.

Po powrocie okazało się, ze nie ma paru osób. Dołączyliśmy do zabawy międzynarodowej, a następnie po zmianie miejsca (przed sceną) poznaliśmy Hindusów, których nauczyliśmy zabawy w małego osiołka. Potem czekał nas powrót do autobusu i droga do naszej bazy noclegowej w Bogdanówce obok Skomielnej Czarnej.

W szkole w której mieliśmy spać zaczęliśmy od rejestrowania się o odbioru pakietu pielgrzyma. pakiet składał się identyfikatora i plecaka, w którym znaleźliśmy: opaskę na rękę z koronką, komin- chustę, pelerynę przeciwdeszczową, szalik "Amazing Poland", mapę Krakowa, płytę z filmem o "Jezu Ufam Tobie" oraz książki: Modlitewnik, Przewodnik Pielgrzyma po Krakowie, książkę Jezus Ufa Tobie, i Przewodnik Pielgrzyma. Pomieszczenie, w którym spałem dzieliłem z Szymonem, Michałem, Wojtkiem, zostawiąjąc miejsce na dwie osoby, które miały do nas dojechać.

Po rejestracji i ogarnięciu się udaliśmy się na mszę świętą, której przewodniczył ksiądz Wojtek. Na mszy byli pielgrzymi ze Świdnicy, Strzegomia, Żarowa i Ostrołęki.

Centralne Wydarzenia dzień drugi- Kraków, droga krzyżowa na Błoniach

Po dobrym śniadaniu przygotowanym przez wolontariuszki w formie szwedzkiego stołu odebraliśmy lunchpaki. Były one przygotowane w dość przydatnych workowatych plecaczkach, bardzo bogato wyposażone w jedzenie. Warto o nich napisać, bo na wyjazdach kościelnych i nie tylko suchy prowiant zazwyczaj jest bardzo skromny. Tu organizatorzy postarali się, by nikt głodny nie chodził.

Na godzinę 9 udaliśmy się na mszę do Skomielnej Czarnej. Po mszy zakonnik (chyba przeor tamtejszego zakonu) wygłosił katechezę. Sposobem jej głoszenia mógłby kogoś zgorszyć, ale mówił mądrze. Ogółem tematem kazania było to, w jaki sposób działa szatan. Robił to na przykładzie historii grzechu u Adama i Ewy. Pokazał jaki jest ciąg działania szatana na nas.

Po katechezie dopakowaliśmy plecaki pielgrzyma i autobus zawiózł nas do Krakowa. Kierowca dowiózł nas na Kurdwanów, skąd tramwajem dojechaliśmy w pobliże krakowskiego rynku. Tu odnaleźliśmy się z Pauliną, Anią, Michałem i Thomasem, którzy mieli akurat dołączyć w piątek. Thomas ostatecznie dołączył do naszej grupy, co umożliwił mu ksiądz Wojtek, a co bardzo go uradowało.

Doszliśmy do kościoła św Wojciecha i tam dostaliśmy czas wolny. Ponieważ były spore tłumy, jedyne co nam się w tym czasie udało, to zjeść lody i odebrać ciepły posiłek z punktu wskazanego na mapie (oczywiście także nacieszyć się sobą). Ten czas wolny spędziłem z Pauliną, Anią, moją siostrą Kasią, Thomasem, Michałem i Wojtkiem.

Po zebraniu się kolejnym punktem było dotarcie na Błonia Krakowskie na Drogę Krzyżową z papieżem. Tu dołączył do nas Marcin, który towarzyszył nam przez drogę na Błonia i Drogę Krzyżową.

Sama droga Krzyżowa była czymś niesamowitym, pod każdym względem. Połączona została z uczynkami miłosierdzia. Przy czytaniu każdej stacji, czytało się także jeden z uczynków miłosierdzia, a tuż przed tym pokazane były dzieła miłosierdzia organizowane przez organizacje kościelne. Były także przygotowane choreografie, które wręcz wprawiały swoim kunsztem w osłupienie. Niesamowite wręcz były rozważania stacji drogi krzyżowej, przygotowane przez biskupa Rysia. Były one odczytywane w różnych językach, ale były także umieszczone w modlitewniku. Droga Krzyżowa była także kolejną okazją, aby papież wygłosił katechezę.

Po Drodze Krzyżowej udaliśmy się na Kurdwanów do autobusu i do Skomielnej Czarnej wróciliśmy późną nocą.

Wydarzenia centralne dzień trzeci- czuwanie w Brzegach

Tego dnia w planie było opuszczenie Skomielnej Czarnej. Po pobudce około godziny siódmej wszyscy zaczęli pakować swoje bagaże, przerywając je tylko śniadaniem. Następnie po zapakowaniu wszystkiego do autobusu pojechaliśmy do Skomielnej Czarnej na mszę. Do grup Diecezji Świdnickiej i z Ostrołęki dołączyła jeszcze grupa ze Szczecina.

Po mszy przyszło nam zrobić jeszcze pamiątkowe zdjęcie na schodach przed kościołem i wyruszyliśmy do Krakowa na nasz parking na Kurdwanowie. Po dojechaniu przeszliśmy na znajdujące się nieopodal Łagiewniki do centrum Jana Pawła 2. Po drodze z odległości około 100 metrów było nam dane zobaczyć przejeżdżającego papieża.

Po dotarciu na miejsce dostaliśmy czas wolny, aby coś sobie zjeść i mieć czas na modlitwę. Tu dobrałem się grupą z Pauliną, Anią i Michałem. Weszliśmy do kościoła w centrum JP2, a następnie udaliśmy się odpocząć w cieniu drzewa między tym centrum, a sanktuarium Bożego Miłosierdzia.

Około pół godziny przed planowaną zbiórką weszliśmy do sanktuarium by się chwilę pomodlić. Po wyjściu z kościoła widząc ile jeszcze jest czasu skorzystaliśmy z okazji, by po adorować najświętszy sakrament w niewielkiej kaplicy przy samym sanktuarium.

Gdy już się zebraliśmy wszyscy, ruszyliśmy na Tramwaj, który miał nas dowieźć jak najbliżej kampusu Miseri Cordia. Na przystanku robiły się tłumy pielgrzymów, a każdy kolejny przyjeżdżający tramwaj był przepełniony. Wzięliśmy się na sposób i przeszliśmy na przystanek z którego tramwaje odjeżdżały w przeciwną stronę.

Po dojechaniu na pętlę tramwajową nie wysiadaliśmy. Dołączyła do nas grupa z Hiszpanii i tramwaj w ten sposób się zapełnił. Mając pewne doświadczenia z linii 145 i 146 z Wrocławia zająłem miejsce na przegubie, ponieważ wiedziałem, że w takim ścisku to będzie najwygodniejsze miejsce podróży. Tak też jadąc prawie półtora godziny dojechaliśmy do pętli tramwajowej na Nowym Bieżanowie. Stąd czekał nas spacer do samych Brzegów (około 5 km)

Od Nowego Bieżanowa szliśmy w tłumie. Nie był to jakiś dziki tłum, a raczej wielka grupa ludzi, która spotkała się w jednym celu (wyglądało prawie jak pielgrzymka grupy międzynarodowej 2' na pielgrzymce krakowskiej do Częstochowy, tylko kilkaset razy większa). Ludzie witali nas ze swoich ogrodów. W ten upalny dzień niektórzy z nich, oraz strażacy tworzyli kurtyny wodne by ulżyć pielgrzymom.

Jako, że miałem wejściówkę do sektoru 0, musiałem dotrzeć punktualnie do 18. Poza mną tą wejściówkę miały jeszcze Monika i Ola. Ja i Ola byliśmy ostatnimi osobami, które BOR przepuścił do sektora. Zostało tylko przejść rewizję osobistą i można było wejść. Udaliśmy się jak najbliżej barierki oddzielającej oba sektory 0 od drogi z bramy miłosierdzia do ołtarza. Dzięki temu było mi dane zobaczyć papieża z bardzo bliska.

Po katechezie wygłoszonej przez papieża zaczęło się czuwanie przed najświętszym sakramentem. Rozłożyłem sobie karimatę, by skupić się na modlitwie, a nie na bólu kolan wynikającym z klęczenia na niewygodnym podłożu. Czas czuwania z Ojcem świętym nie był długi, jednak sama adoracja przeniosła się do namiotu w innym sektorze (o czym niestety nikt nam nie powiedział, a dowiedziałem się o tym dopiero po fakcie) i rozpoczęły się koncerty.

Podczas koncertów udało mi się spotkać panią Krysię i księdza Jurka. Okazało się, że ci moi przyjaciele są w tym samym sektorze co i ja. Chwilę porozmawialiśmy i następnie opuściłem sektor szukając swojej grupy. Zajęło mi to chyba z godzinę. Po znalezieniu grupy jeszcze chwilę się pokręciłem, porozmawiałem z innymi o wrażeniach i po rozłożeniu się poszedłem spać pod chmurką.

Wydarzenia centralne dzień czwarty- Msza Posłania w Brzegach

Obudziłem się dość wcześnie rano. Wiele osób już nie spało. Spakowałem więc to co niepotrzebne i postanowiłem się trochę rozprostować. Niedługo potem ruszyłem szukać lunchpaków z nadzieją, że jeszcze je znajdę. Niestety już ich nie było, ale zapasy z poprzednich dwóch pozwalały mi jeszcze spokojnie przeżyć nie będąc głodnym.

Niedługo po tym jak wróciłem zaczęli zamykać drogę obok sektoru B10, w którym byliśmy. Był to dla nas sygnał, że tędy będzie jechał papież. Ponieważ byliśmy rozłożeni w rogu sektora, to miejsce było dobre, by szybko zając swoje miejsce przy płocie. I tu znów było mi dane zobaczyć papieża z kilku metrów. Jednak zanim do tego doszło, to jeszcze pożegnałem Thomasa, który musiał dołączyć do grupy z Marsylii, z którą wracał potem do Francji.

Msza posłania była pierwszym moim spotkaniem z papieżem na który miałem pełne tłumaczenie tego co mówił. W końcu znalazł się ktoś z działającym radiem w telefonie. Na wszystko co się działo na ołtarzu mięliśmy wgląd na telebimach, które też były dość oddalone. Warto też zaznaczyć, że szafarze szybko podocierali z komunią do sektorów.

Po mszy czekaliśmy jeszcze na księży, którzy koncelebrowali mszę z sektora 0. Potem wyszliśmy z sektora i kierowaliśmy się do wyjścia B. Tu nas opuścili Michał i Ania, którzy do Świdnicy wracali samochodem z pewną parą, która niedługo bierze ślub.

Dotarliśmy już do prostej do wyjścia z kampusu Miseri Cordia. Oczywiste, że trafiliśmy na spory i gęsty tłum. Gdy zaczęły przedzierać się przez niego karetki, waz z Pauliną i jeszcze dwoma dziewczynami przeszliśmy bokiem podchodząc jak najbliżej do wiaduktów. Gdy samochody przejechały, wróciliśmy do tłumu i bardzo wolnym tempem dotarliśmy pod wiadukty, a gdy się trochę rozluźniło, trochę szybciej doszliśmy do skrzyżowania, gdzie czekaliśmy na grupę. Podczas przedzierania się zmieniła się pogoda i zaczęło lać.

Następnie z Grupą wróciliśmy do Nowego Bieżanowa. Szliśmy dalej wzdłuż torów, by znaleźć przystanek tramwajowy na którym nie trzeba będzie czekać na wolne miejsca dla grupy. Z poszukiwań zrezygnowaliśmy przy czwartym. Kierowcy naszych autobusów podjęli próbę przedarcia się przez Kraków.

Znów zaczęło padać, więc policja z pobliskiego posterunku zaprosiła san, byśmy przeczekali ten deszcz na posterunku nie moknąc. Ponieważ ulice były pozamykane, autobusom nie udało się do nas dojechać. Gdy korki na przystankach się rozładowały wsiedliśmy do tramwaju i dojechaliśmy w pobliże parkingu z którego mogły nas odebrać autobusy.

Tu od grupy odłączyła się Paulina, która została w Krakowie. Po pożegnaniu się z nią i ogarnięciu się wyjechaliśmy w drogę powrotną do domu. Do Świdnicy dojechaliśmy w środku nocy.

Długie to było i pisanie zajęło m kilka dni. ŚDM był to piękny czas i gdybym miał znów brać udział w czymś takim, to bardzo chętnie. Warto jeszcze na kilka rzeczy zwrócić uwagę, ale celowo to zostawiłem na zakończenie.

Nie pisałem o tym co mówił papież, ponieważ można to znaleźć w intrenecie. Wart je uważnie przeczytać. Warto tym też żyć n co dzień, aby Światowe Dni Młodzieży trwały cały czas w nas.

Byłbym chyba ślepym gdybym nie napisał o służbach mundurowych na ŚDM. Odwalili kawał dobrej roboty, a wszystko co robili, robili z sercem.

Zapraszam oczywiście do komentowania

[PR]