środa, 25 października 2017

Turniej siatkówki w Słupcu

W minioną sobotę brałem udział w V Turnieju Piłki Siatkowej Wspólnot Młodzieżowych organizowanym przez Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży. Turniej odbywał się w Słupcu, a ja reprezentowałem parafię pw. Andrzeja Boboli w Świdnicy. W turnieju grało 6 drużyn podzielonych na dwie grupy.

Cały turniej zaczął się mszą w kościele parafialnym w Nowej Rudzie- Słupiec

Nam do grupy przypadły zespoły z Dziećmorowic i Nowej Rudy. Pierwszy mecz z Dziećmorowicami przegraliśmy 2:0 zdecydowanie ulegając przeciwnikom. Był to jednocześnie nasz pierwszy mecz w takim składzie.

W drugim meczu wygraliśmy 2:1 z zespołem gospodarzy. Pierwszy set był przegrany, jednak w drugim nastąpiło przebudzenie, a trzecim wygraliśmy już zdecydowanie poprawiając także odbiór. Wygrana w tym meczy dała nam drugie miejsce i awans do półfinału.

W półfinale nastały już zasady liczenia setów znane powszechnie,  czyli do trzech wygranych setów. Spotkaliśmy się tutaj z drużyną z Kamieńca Ząbkowickiego. Mecz znów przegraliśmy zdecydowanie i zostało nam tylko czekać na wynik drugiego półfinału między Głuszycą a Dziećmorowicami.

W małym finale o trzecie miejsce spotkaliśmy się z zespołem z Głuszycy. W mecz weszliśmy niemrawo i przyszło nam gonić wynik w pierwszym secie. tego seta udało się wygrać, a w następnych byliśmy już drużyną zdecydowanie przeważającą nad rywalami.

Po wygranym meczu w trakcie finału udaliśmy się na obiad, na który organizatorzy zaserwowali pierogi ruskie. Potem poszliśmy zobaczyć końcówkę finału, który wygrał zespół z Dziećmorowic. Po uzupełnieniu przez organizatorów dyplomów przyszedł czas na dekorację. Jako drużyna z racji zajętego trzeciego miejsca otrzymaliśmy puchar i dyplomy.

Krótkie relacje z turnieju znalazły się na facebookowym profilu parafii pw. Andrzeja Boboli w Świdnicy, oraz na Gościu Świdnickim.

Jeśli podoba Ci się to co tutaj piszę, to zapraszam do subskrypcji, oraz do polubienia profilu na facebooku. Link znajdziesz tutaj. Już za tydzień kolejny wpis do lektury którego zapraszam

środa, 18 października 2017

Wyprawa rowerowa na Jurę Krakowsko-Częstochowską cz.3 Poraj i Jastrząb

Przygoda z poprzedniego dnia z dziurawą dętką miała swoje konsekwencje także dnia następnego. Pierwotny plan był taki, by spać w Podlesicy dwie noce, ale zostałem skazany na Poraj.

Jednak może najpierw w skrócie dwa wcześniejsze dni. Wyjechałem w sobotę z Wrocławia i dojechałem 1:30 do na pole namiotowe Oleńka pod Jasną Górą. Tam rozbiłem namiot i przenocowałem. Następnego dnia ruszyłem w dalszą drogę, planowo jadąc do Podlesicy, ale skończyłem w Poraju z przebitą dętką nie mając żadnej na zapas. uszkodzenie okazało się na tyle poważne, że łatki nie dały rady i tak skończyłem dzień na Campingu klubu żeglarskiego Enif.

Następnego dnia wstałem z zamiarem rozliczenia się z klubem za dwie noce. Przy okazji rozejrzałem się po ośrodku. Moją uwagę przykuła taka prognoza pogody:

 Miałem choć trochę nadziei, że uda mi się dzisiaj zrobić objazd i chociaż zobaczyć ruiny zamku w Olsztynie. Niestety jedyny sklep rowerowy w okolicy tego dnia wyjątkowo czynny był od godziny 15. Było to jednoznaczne z tym, że trzeba było rozejrzeć się, czy jest coś w okolicy ciekawego.

Poraj i Jastrząb są niemal w siebie wrośnięte. Mimo tego, że rekreacyjnie to miejsce ma potencjał ze względu na duże jezioro i atrakcje Jury, to mimo tego jest to dziura. Władze w żaden sposób nie próbują uatrakcyjnić tego miejsca, przez co miasto wygląda raczej na biedniejsze i nie ma wymarłe.
Może ktoś ma inne pojęcie tego miejsca, to zapraszam do komentowania.

Po 15 zjawiłem się z powrotem w sklepie rowerowym i kupiłem dętki na zapas. wróciłem do ośrodka i wziąłem się za naprawę koła. w tym czasie gospodarze dali dzieciom rozrywkę w postaci żeglowania po jeziorze.

Nie pojechałem już nigdzie dalej tego dnia. wiedziałem, ze zbliża się burza. Ponieważ mój namiot był kupiony za 50 zł na allegro, musiałem odpowiednio go zabezpieczyć przed wiatrem i ewentualnym zalaniem. Posłużyły mi do tego: sznurek, który kupiłem, zapasowe szpilki i płaszcz przeciwdeszczowy. płaszczem zabezpieczyłem miejsce, w którym woda mogła się dostać do środka, a sznurkami podwiązałem konstrukcję namiotu zwiększając jego sztywność.

Burza trwała około pół godziny. Bardzo mocno padało, zerwał się też mocny wiatr. Zabezpieczenia okazały się jednak skuteczne i namiot przetrwał burzę bez żadnych problemów.

Takie przeciwności losu napotyka się w trakcie podróży. Nie warto się tym zrażać, bo zawsze można zobaczyć coś innego. Jeśli podoba Ci się to co tu piszę, to zapraszam od subskrybowania bloga, oraz do polubienia fun page'u na facebooku. Link do niego znajdziesz tutaj

środa, 11 października 2017

Świdnica cz. 1

Nie byłbym sobą, gdybym nie opisał swojego miasta w którym się urodziłem, wychowałem i spędziłem kawał swojego życia. Chociaż już tam nie mieszkam, to jednak często tam wracam i zazwyczaj jest moim przystankiem po drodze w Sudety.  Dlatego dzisiaj będzie o Świdnicy. Doszedłem jednak do wniosku, że napiszę to w kilku częściach, ponieważ pisząc o wszystkim na raz zanudziłbym niejednego czytelnika. Na początek będą trzy atrakcje, w tym jedna z wioski pod Świdnicą.

widok na Ślężę z wieży ratuszowej

Wieża ratuszowa

Poprzednia wieża ratuszowa zawaliła się w 1967 roku. Została odbudowana dopiero w 2012 roku i dzisiaj służy głównie celom turystycznym. Dwiema windami (najpierw jedną, potem drugą) można wjechać na pierwszy taras widokowy. Tutaj przez przeszklone zegary można podziwiać panoramę miasta. Jest jeszcze drugi taras, na który wchodzi się po schodach z pierwszego. Jest on na świeżym powietrzu i można zobaczyć tu całą panoramę miasta i pobliskich gór.

Następnie schodząc schodami mija się sale z wystawami. Jest tu jedna stała ekspozycja Nadleśnictwa Świdnica. Pozostałe wystawy z tego co się orientuję są czasowe. Zdecydowanie polecam.

widok na Wielką Sowę i wieżę ciśnień

widok przez przeszklony zegar 
na zamkniętym tarasie widokowym

panorama miasta

Katedra Świdnicka pw. św Stanisława i św Wacława

Jej budowę zainicjował Bolko II Świdnicki. Pierwotnie budowana w stylu gotyckim, jednak po wielu historycznych wydarzeniach zyskała barokowy wystrój wnętrza. Posiada mierzącą 103 metry wieżę, która nie jest udostępniona do zwiedzania. 

Katedra Świdnicka

główny ołtarz


Można o niej dużo napisać, jednak pozwolę sobie oszczędzić tego opisu nie powielając tego, co można o niej przeczytać w internecie i w przewodnikach turystycznych.

Muzeum Broni i Militariów w Witoszowie Dolnym

Jest to największe prywatne muzeum broni w Polsce. Założył je i zebrał eksponaty p. Stanisław Gabryś. Jest on pasjonatem broni. Można tu zobaczyć uzbrojenie XIX i XX wieku. Odwiedzający je turyści znajdą tutaj elementy uzbrojenia i ekwipunku armii, odznaczenia (w tym krzyż Virtuti Militari), armaty, wozy bojowe i samoloty. W tym roku powstała tam też nowa atrakcja, jazda haubicą po polu. Większość pojazdów jest sprawna, a wszystko zachowane w bardzo dobry stanie.



Muzeum Broni i Militariów

replika samolotu Czerwonego Barona

Haubica

Tym razem pozwoliłem sobie na krótkie opisy nie chcąc powielać tego co jest w internecie. Jest za to nieco więcej zdjęć, które mam nadzieję, zachęcą Cię do odwiedzenia tego miasta. Nie są to wszystkie atrakcje, jest ich dużo więcej. Opiszę kolejne za jakiś czas.

Jeśli spodobało Ci się to co piszę to subskrybuj mój blog, oraz zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku. link do strony znajduje się tutaj. Następny wpis już za tydzień.

środa, 4 października 2017

Wyprawa rowerowa na Jurę Krakowsko-Częstochowską cz.2- Częstochowa- Poraj

odcinek Częstochowa- Poraj


Pierwotnym planem tego dnia było dojechanie do Podlesicy na tamtejsze pole namiotowe. Niestety z przyczyn technicznych musiałem skręcić na Poraj. A jak to było?

Dzień zapowiadał się dobrze. Słońce nieśmiało przebijało się przez chmury dając znać, że nie będzie żaru z nieba. Na niedzielną mszę wybrałem się do znajdującego się niedaleko klasztoru małego sanktuarium nazywanego "Doliną Miłosierdzia" Ponieważ jest to szczyt sezonu pielgrzymkowego, wiedziałem, ze będą tłumy i nie ma sensu pchać się do klasztoru.

Po mszy zjadłem późne śniadanie, zapakowałem się na rower i po rozliczeniu się z gospodarzami campingu ruszyłem w dalszą drogę. Objechałem klasztor kierując się na wały. Ponieważ tego dnia była pielgrzymka słuchaczy Radia Maryja, były tam wielkie tłumy i trzeba było zejść z roweru, by go bezpiecznie przeprowadzić. Po drodze przypadkiem spotkałem znanego ugandyjskiego haryzmatyka Johna Bashoborę.

Jasna Góra widok z wałów

Z wałów skierowałem się na aleje Najświętszej Maryi Panny, a następnie skręciłem obok dworca kolejowego kierując się główną ulicą na Olsztyn. Po około czterdziestu minutach dojechałem do krzyżówki skręcając dalej na Olsztyn. Niedługo po wyjechaniu z Częstochowy gps poprowadził mnie do lasu. 

Po kilku kilometrach w lesie skończyła się jazda rowerem. Uniemożliwił mi nią grząski piasek. zostałem skazany na prowadzenie roweru. Na domiar utrudnień złapałem też kapcia w przednim kole. Przez kolejne 10 kilometrów ciągnąłem za sobą rower z całym bagażem po piasku.

W najbliższej wiosce poszedłem do pierwszego domu poprosić o wiadro z wodą by znaleźć dziurę i w miarę możliwości ją załatać. Niestety trafiłem na nierozgarniętą osobę, która mimo moich tłumaczeń zamiast wiadra poczęstowała mnie butelką mineralnej. Mimo to udało mi się zlokalizować dziurę. Niestety była tak duża, że o dojechaniu do Podlesicy mogłem zapomnieć. Skręciłem w taki razie na Poraj i tam prowadziłem rower.

W Poraju najpierw skierowałem się do Harcerskiego Ośrodka Wodnego. Tam jednak mnie nie przyjęli, więc cofnąłem się do ośrodka sportów wodnych i rozbiłem się na polu namiotowym klubu żeglarskiego Enif. Tam rozbiłem namiot, a potem po rozpakowaniu się poszedłem coś zjeść do tutejszej tawerny.

Mimo niewielkiej ilości przebytych kilometrów ten dzień poprzez wypadki które mnie spotkały był pełen przygód.

Jeśli Ci się spodobało to zapraszam do subskrypcji wciskając przycisk obserwuj w prawym górnym rogu strony, oraz do polubienia fan page na facebooku. link znajdziesz tutaj.

środa, 27 września 2017

Szpiczak i grzyby

Ostatni weekend nie był zachęcający do wędrówek. Mimo to udało się w sobotę znaleźć parę godzin bez deszczu, by wybrać się na spacer w góry, a przy okazji pozbierać trochę grzybów. Zacznę od celu wędrówki, a potem coś o grzybobraniu.

Celem wędrówki tym razem był szczyt na granicy Polsko-Czeskiej o nazwie Ruprechticki Szpiczak. Mierzy on 830 m. n. p. m. i znajduje się w paśmie Gór Kamiennych. Jest to miejsce szczególnie uczęszczane przez Czechów, którzy postawili tam także swoją infrastrukturę z wieżą widokową.
Ruprechticki Szpiczak widok ze szlaku

Ja poszedłem jednak ze strony polskiej zaczynając z Ustronia koło Głuszycy. Początkowo droga była oznaczona jedynie szlakiem tutejszej strefy MTB. Jest to dość szeroki trakt, o łagodnym podejściu. do oznaczonego szlaku pieszego do miejsca docelowego ciągnie się przez niecały kilometr.

Dochodząc do skrzyżowania trzeba skręcić w szlak niebieski w prawo. Tutaj zaczynają się dość strome podejścia, ale nie są one długie. W międzyczasie odsłaniają się piękne widoki na stronę polską w kierunku Głuszycy i na stronę czeską w kierunku Bromova. Szlak idzie wzdłuż granicy.


widoki ze szlaku

Na szczycie jest widoczna z daleka wieża widokowo- przekaźnikowa. na którą wchodzi się przez niewielki budynek. obok jest kilka stolików z ławkami i miejsce na ognisko. Widać tutaj tez rękę Czechów, którzy dbają o to by było gdzie pozbyć się śmieci bez zaśmiecania lasu. Postawili na szczycie kilka prowizorycznych koszy na śmieci i te kosze są przez nich regularnie opróżniane. Dzięki temu panuje tutaj porządek.
wieża widokowa na Szpiczaku
tak Czesi gospodarują na szczytach górskich

Następnie ze szczytu niebieskim szlakiem schodzi się w dół. Na rozdrożu trzeba skręcić w prawo by dotrzeć do miejsca z którego się wystartowało. tutaj także moją uwagę zwróciła kolejny drogowskaz z czeskimi oznaczeniami. Na całej trasie nie znalazłem żadnego polskiego drogowskazu.


Niedaleko przed Ustroniem zauważyłem także niewielki cmentarz. Zachowała się w nim jedna tabliczka na grobie niemowlęcia, która wskazuje, że ten cmentarz jest z okresu tuż przed Pierwszą Wojną Światową. Znajdujące się tutaj znicze wskazują, że mimo to, że był to cmentarz niemiecki, przedwojenny, to są osoby, które nadal dbają o tutejsze groby.
poniemiecki cmentarz w lesie

Schodząc dalej tą drogą wyszedłem w tym samym miejscu, w którym zacząłem. Droga nie była długa, gdybym szedł tylko drogą, to byłoby około sześciu kilometrów. Ale nie szedłem samą drogą, a trochę kluczyłem z powodu grzybów.

Nie był to cel mojej wędrówki, jednak przy okazji dużego wysypu postanowiłem pozbierać trochę grzybów. kluczyłem więc między drzewami zbierając podgrzybki. Osobiście nie znam się na grzybach, ale nie byłem sam, bo był ze mną mój tata. odchodziliśmy do 20 metrów od drogi i mimo tego, ze przed nami przebiegły sarny tratując trochę grzybów, to zbiory jednak były.





Było też dużo grzybów niejadalnych i trujących, którym robiłem zdjęcia, zostawiając je.

Najbardziej znane grzyby trujące muchomory czerwone
 1
2


Całe to opisane miejsce jest dość fajne, można się tutaj wybrać także z dziećmi. Droga jest krótka, a mimo dość stromych podejść to dotarcie na szczyt i przebycie tej drogi nie jest dużym wyczynem. zdecydowanie polecam, by wybrać się tutaj na niedzielny spacer, lub zaznaczyć to w swoich planach wypadowych w góry kamienne

małe zbiory

Numerami oznaczam grzyby z pytaniem do was, co to są za grzyby.Tych grzybów oczywiście nie zbierałem. Liczę na wasze odpowiedzi w komentarzach.

Jeśli Ci się podobało to co napisałem to zapraszam do subskrypcji wciskając przycisk obserwuj w prawym górnym rogu w wersji strony na komputer, oraz polub mój fan page na facebooku. link do strony znajdziesz tutaj

środa, 20 września 2017

II Bieg Gladiatora w Bielawie- ciężka przeprawa przez 12 kilometrów

Kolejnym moim startem w tym roku był odbywający się w ostatni weekend Bieg Gladiatora w Bielawie. Jest to tzw bieg surwiwalowy z przeszkodami. W tym roku organizatorzy w ramach imprezy trwającej 2 dni, zorganizowali trzy trasy- trasa junior dla dzieci, liczący 7 kilometrów Bieg Gladiatora Normal, oraz 12 kilometrowy Bieg Gladiatora Extreme. Ja wybrałem tą trzecią.

Już w sobotę przyjechałem, do Bielawy, by zobaczyć część przeszkód. Już wtedy widziałem, że w porównaniu do zeszłego roku to będzie droga do piekła i z powrotem. Przy okazji zgodnie z obietnicą przyjechałem tez kibicować Adzie, która biegła na 7 kilometrów.


W sobotę dodatkowym utrudnieniem był co chwila padający deszcz. Aura nie sprzyjała zawodnikom, a co zabawne, 12 osób na trasie zgubiło buty. Mimo to olbrzymia większość docierała do mety, gdzie dostawali folię termiczną i coś do picia.

przed startem

Te siedem kilometrów nie jest jednak czymś, co jest tematem tego wpisu. Mnie bezpośrednie dotyczyło 12 kilometrów, z którymi zmagałem się w niedzielę. Do bielawy dotarłem tuż przed godziną 10:00. Odebrałem pakiet startowy i poszedłem zobaczyć na pierwszą serie elitte (na dwie pierwsze serie zapisywały się osoby, które walczyły o jak najlepsze miejsca, a na resztę Ci, którzy chcieli się tym bawić i spróbować swoich sił).

pakiet startowy Biegu Gladiatora

Miałem wyznaczony czas startu na 11:40. przygotowanie do startu zacząłem około 11:00, a o 11:30 była rozgrzewka prowadzona przez trenera zaproszonego przez organizatorów. Następnie wziąłem dwie opony, które były niezbędnym atrybutem pierwszej przeszkody i ustawiłem się na starcie. Równo o 11:40 wystrzał z armaty zaciągniętej z fortów Srebrna Góra oznajmił start.

armata ogłaszająca start każdej serii. Została przywieziona
ze Srebrnej Góry

Na początek rundka z oponami na ramionach i dalej biegiem w pola, gdzie czekały przeszkody zrobione ze stogów siana, przez które trzeba było przeskoczyć. Następnie czekały góry ze swoimi przeszkodami złożonymi z lin, kłód i błota. Najtrudniejsze jednak nie były te przeszkody, ale podbiegi i zbiegi, które towarzyszyły przez prawie cały odcinek i były bardzo strome.

Po wydostaniu się z gór trasa biegu prowadziła znów na teren zbiornika TKKF Sudety Po drodze jednak zdarzyła mi się mało przyjemna przygoda. W buta wbił mi się kawałek rozbitej butelki po piwie. Po usunięciu jej pobiegłem dalej na kolejną grupę przeszkód. Tym razem były to pochylnie, drabinki, drążki i rura przez która trzeba było się przeczołgać.

Następnie była moim zdaniem jedno z ciekawszych zadań. Na sznurkach były porozwieszane krążki i trzeba nie dotykając ziemi przedostać się na drugą stronę stojaka. Aby sięgnąć kolejnego krążka trzeba było się trochę rozbujać. Przeszkoda była pokonywana na dwa sposoby, albo o własnych siłach, albo na plecach kogoś innego.4

Dalej wzorem zeszłego roku był skośny potwór, którego udało mi się w tym roku pokonać sposobem. Wspiąłem się bokiem, a siedząc na górze wciągnąłem kilka osób. potem skok na siano i biegiem do skakania po samochodach.

Tak wyglądało z przeszkodami, a było ich o wiele więcej. 2 razy przechodziło się przez jezioro, w którym woda była zimna. Było jeszcze więcej błota, tym razem grząskiego, że można było w nim buty zgubić. Droga przebiegała tez przez Bielbaw. Było przerzucanie opony od traktora, tzw. porodówka, która była ciężka i nie wiem, czy bym dał sobie radę bez pomocy. podobnie jak w zeszłym roku była powtórka z matury, a ja dostałem pytanie o najwyższą górę Australii (Góra Kościuszki).

Na koniec biegu do pokonania był kontener z wodą z lodem. Zimna już nie czułem, ale szok termiczny i tak nie dał mi oddychać. Potem skok przez dogasające ognisko i przejście techno namiotu (bardziej pasowałaby mi nazwa hasz komora), opony, 4 metrowa ściana na którą nie miałem motywacji by się wspiąć.

Za ścianą czekali amerykańscy futboliści. Chciałem jednego obalić wchodząc nisko w nogi. Niestety przeczytali mój zamiar i jeden ustawił się nisko do ziemi, a drugi go zaasekurował. Przez to odbiłem się od nich jak od ściany.

Za nimi była już meta, a na niej odebrałem medal, izotonik i folię termiczną, a oddałem czip, który służył do pomiaru czasu. Po kilku minutach przeraźliwie zmarzłem (jednak udało mi się nie przeziębić)

ja mokry i wykończony po biegu

Bieg był moim najtrudniejszym do tej pory startem, trudniejszym nawet od Półmaratonu Szlakiem Riese. W niedzielę biegło dużo mniej osób niż w sobotę, a to mówi samo za siebie. Organizacja biegu była dobra, a moja reklamacja odnośnie zczytania czasu (na początku nie sklasyfikowano mnie) była bardzo szybko uznana i kontakt z organizatorem był w pełni kulturalny, organizator okazał duże zainteresowanie tym faktem, który też był marginalny (może 3 przypadki na wszystkie biegi).

Jest bardzo dużo zdjęć z biegu, które organizator zamieścił na swoim profilu na fb. Warto je obejrzeć dla zobrazowania tego o czym tutaj pisałem.

Jeśli spodobało Ci się to co tutaj piszę, to zapraszam do subskrypcji strony wciskając przycisk obserwuj w prawym górnym rogu w wersji na komputer, oraz na swój fan page na fb. Link znajdziesz tutaj.

środa, 13 września 2017

Ślęża- Góra słowiańskiej kultury

Szukając ciekawych miejsc do spędzenia wolnego czasu, wyskoczenia gdzieś na weekend, czy zwykłego spaceru po pobliskich górach nie można zapomnieć o Ślężę. Jest to szczyt górski zaliczający się do Korony Gór Polski. Jest pochodzenia wulkanicznego i jest to jedno z popularniejszych miejsc odwiedzanych przez mieszkańców Wrocławia.

Jadąc pierwszy raz od strony Wrocławia (do tek pory jeździłem że Świdnicy) moją uwagę przykuł maszt przekaźnikowy który rzuca się w oczy już z daleka. Z daleka wygląda jak Wieża Elfia. Warto pamiętać, że jednak ta wieża stoi w Paryżu, czyli w mieście, a tutaj jest to jednak góra. Może to jest kwestia estetyczna, jednak wizerunkowo nie wygląda to zbyt ciekawie w tym miejscu.

Choć na górę prowadzi kilka szlaków, to szczególnie uczęszczany jest szlak żółty z przełęczy Tąpadła. Na samej przełęczy znajdują się dwa duże parkingi, które pomimo swojej wielkości, i tak są za małe. Jest też tutaj miejsce do rozpalenia ogniska i piknikowania.

Przełęcz Tąpadła przy wyjściu na 
żółty szlak na szczyt

Trasa proponowanym szlakiem zajmuje około 45 minut do godziny drogi. w większości pnie się pod górę. Miejscami między drzewami są prześwity, które odsłaniają nam niesamowite widoki na to co znajduje się dookoła góry.


prześwity między drzewami ze szlaku żółtego

Mniej więcej w połowie drogi na szczyt jest doskonale przygotowane miejsce na postój i odpoczynek. znajdują się tam ławeczki, oraz szałas, który w jakimś stopniu może osłonić przed deszczem. Wielu turystów tutaj odpoczywa ciesząc się otaczającą przyrodą.

w oddali widoczny szałas (altana) 

Kawałek drogi za altaną zaczyna się krótkie zejście w dół, a kawałek dalej kostka brukowa. są to znaki, że szczyt jest bardzo blisko. Tuż przed szczytem po lewej stronie można dostrzec wieżę widokową znajdującą się na skalnej półce na szczycie góry. 200 metrów dalej wyjdziesz na polanę na szczycie. Pierwszym zabudowaniem tutaj jest grota Bolka II znajdującą się pod kościołem na Ślęży. Na Po prawej stronie jest wieża opisana powyżej wraz z zabudowaniami potrzebnymi do przekazywania sygnału. za tą wieżą jest schronisko górskie na Ślęży. Mimo tego, ze jest zaniedbane, to jednak cieszy się nadal dużą popularnością. Na lewo od schroniska jest altana, oraz naturalny taras widokowy, z którego można podziwiać pejzaż od Wrocławia do Świdnicy.

Dalej na lewo pod drzewem znajduje się kamienny niedźwiedź, figura kultyczna zamieszkujących tu kiedyś Ślężan. Powyżej figury znajduje się kościół. pierwotnie był on budowlą romańską, jednak potem został przebudowany na stan obecny. Prowadzą do niego schody. Został on uratowany przed zawaleniem, jednak nadal czeka go wiele pracy.

kościół na szczycie Ślęży

Obchodząc kościół można dotrzeć do wieży widokowej. Wstęp na nią jest bezpłatny, ma kilka pięter i wchodzi się na nią po drabinie. Druga wieża widokowa jest wieżą kościelną i tutaj (podobnie jak do podziemi kościoła) trzeba wykupić cegiełkę. Ciekawe widoki roztaczają się tez z małego tarasu przed kościołem, po prawej stronie od wejścia.
Widok z tarasu pod kościołem

Miejsce to jest popularne wśród mieszkańców Wrocławia. Jest to ciekawa opcja wycieczki na niedzielę. Podejście bardzo lekkie i przyjemne, choć poleciłbym ubranie typowe w góry. Miejsce jednak moim zdaniem jeszcze jest trochę zagospodarowane bez pomysłu (brakuje tu ławeczek, koszy na śmieci). Może z czasem znajdzie się jednak dobry gospodarz.

Jeśli spodobało Ci się to co tutaj piszę to zapraszam do subskrypcji wciskając obserwuj w prawym górnym rogu w wersji na komputer, oraz do polubienia strony na facebooku. link znajdziesz tutaj