środa, 17 stycznia 2018

ZUP Badura Bieg Noworoczny Świdnica

Bieg Noworoczny w Świdnicy cieszy się bardzo długą tradycją i już od parunastu lat zbiera na starcie dzieci i dorosłych. Do tej pory Był organizowany w Parku Centralnym przy ulicy Pionierów Ziemi Świdnickiej. Z racji rewitalizacji parku, bieg został przeniesiony na Osiedle Zawiszów w okolice hali sportowej i Elektroluxu.

W tym roku bieg mocno się rozwinął. Zapisy zaczęto prowadzić przez Datasport, a podczas biegu był także profesjonalnie mierzony czas przez tą firmę. Warto także dodać, że organizacją biegu obecnie zajmuje się Świdnicka Grupa Biegowa.

Tuż przed godziną 10 zjawiłem się w biurze zawodów by odebrać pakiet startowy. W pakiecie znajdowały się- koszulka techniczna, wafelek Góralki, izotonik, woda, bon upominkowy do VIP COSMETICS i pozostałe ulotki reklamowe. Porównując inne biegi, pakiet jest dość bogaty, tym bardziej, że koszt startu jest bardzo niski.

Na hali sportowej, gdzie mieściło się biuro zawodów były wystawione dodatkowe stoiska. Wystawił się sponsor tytularny rozdając gadżety reklamowe. Obok wystawiła się firma prowadząca odbiór odpadów edukując z selekcji śmieci. Było przedszkole, które prowadziło zabawy dla Dzieci, rozłożyła się także ekipa Crossfit 58-100 Świdnica. Po drugiej stronie hali wolontariusze sprzedawali ciasto, przeznaczając pieniądze na karmę dla zwierząt ze schroniska.

Start biegu głównego, a właściwie dwóch biegów, bo jednocześnie bieg odbywał się na dystansach 5 i 10 kilometrów zaplanowany był na godzinę 11. Na chwilę przed wyznaczoną godziną startu wszyscy zawodnicy ustawili się na starcie. Prawie wszyscy byli ciepło ubrani. Tylko piątka morsów się wyłamała biegnąc w samych spodenkach i czapkach.
Ci państwo szczególnie poczuli gorąca atmosferę biegu

Trasa biegu to były 4 pętle po 2,5 kilometra. Start zlokalizowany był przed wejściem do hali sportowej. Biegła dookoła wału, w stronę elektroluksu. Pod bramą tej fabryki zawracała i wracaliśmy na ulicę Andersa. okrążała żłobek, halę, szkołę i stadion ulicami Kazimierza Wielkiego i Jana Długosza, dalej krótkim odcinkiem Kazimierza odnowiciela i skręt w kierunku punktu start/meta.
Endomondo ma przybliżone pomiary, 
nie są one jednak dokładne

Po krótkich przywitaniach zawodników przez organizatorów, panią prezydent miasta i głównego sponsora nastąpił start biegu. Pierwsze półtora okrążenia biegło się bardzo dobrze, także jak na mnie dobrym tempem. Potem Biegło się coraz gorzej, coraz trudniej było złapać oddech. O ile nogi dawały radę, o tyle kondycyjnie na bieg w zimnie trochę słabiej się przygotowałem. Mimo to starałem się w miarę trzymać tempo, spadło ono niewiele. Trzecie okrążenie było już trochę walką z sobą.

Od trzeciego okrążenia czułem czyiś oddech na sobie. Po raz pierwszy odkąd biegam, zdarzyło mi się być "łapanym zającem". Technika "łap zająca" polega na znalezieniu sobie kogoś z optymalnym dla nas tempem i trzymanie się go podczas biegu.

Czwarte krążenie było tym, na którym udało mi się złapać oddech. Nie powróciłem jednak do tempa z początku, trzymając siły na końcówkę. Przed wbiegnięciem na ostatnią prostą słyszałem, jak spiker nawoływał, że niedługo minie godziny. Gdy na tej prostej się znalazłem, spiker zaczął odliczać czas do godziny, co dla mnie było dobrą okazją, by w końcu podczas oficjalnych pomiarów czasu złamać ją. Puściłem nogi w dobry finisz, powtarzając ten z ostatniego Półmaratonu Świdnickiego. Na mecie znalazłem się, gdy zegar pokazywał dokładnie czas 59:55. Potem okazało się, że jednak liczą czas netto, i oficjalny wynik biegu to 59:27.
Może i buźka jak niewypał,
 ale po życiówce na 10 km
 lepiej byście nie wyglądali 

Odebrałem medal i gratulacje, i poszedłem po swoje rzeczy do depozytu. Następnie skierowałem się na posiłek regeneracyjny. Czekałem tylko na dekorację i losowanie nagród.
No dobra, tu już lepiej wyglądam 

Po biegu głównym odbyły się biegi towarzyszące. Startowały w nich dzieci, i były na dystansach od 100 metrów do 2 kilometrów. To także jest tradycją tego biegu, co jest dobrym popularyzowaniem sportu.

Gdy wszystkie biegi się odbyły, nastąpiła dekoracja zawodników. Po dekoracji było losowanie, dla mnie szczęśliwe. Udało mi się wylosować maskę antysmogową do uprawiania sportu w zimie.

Duży ukłon w stronę organizatorów za ciekawie zorganizowaną imprezę sportową. Mam nadzieję, że za rok też uda mi się w niej wystartować. Na pewno mogę ją polecić też innym.

Jeśli podoba Ci się to, co tutaj publikuję, to zapraszam do subskrypcji bloga i do zapisania się do grona obserwatorów. Wszystkie aktualności znajdziesz na mojej stronie na Facebooku do której link daję tutaj. A już w następną środę kolejny wpis na który zapraszam.

środa, 10 stycznia 2018

Wyprawa rowerowa na Jurę Krakowsko- Częstochowską cz. 6- Kraków

Ostatni post w tym roku także będzie z wyprawy rowerowej. Dla przypomnienia, wyjechałem z Wrocławia zahaczając o Częstochowę, potem była trudna przeprawa do Poraju gdzie utknąłem, następnie dotarłem do Brandysówki w Dolinie Będkowskiej i zwiedziłem Ojcowski Park Narodowy. Nie zdążyłem dojechać do Pustyni Błędowskiej, bo uciekałem przed burzą, która się opóźniała

I nadeszła burza. Wiatr mógł wiać tylko w jedną stronę, z góry w dół do zakrętu doliny. Niestety o trzeciej w nocy rozpoczął się taniec burzy, który mocno kołysał moim namiotem. Doszło do niewielkiego przecieku, który nie okazał się groźny i nie doprowadził do zniszczenia czegokolwiek. Jedyne co, lekko przemókł mi śpiwór.

Deszcz i wiatr ustały około 6 rano. Zacząłem porządkować swoje rzeczy. wywiesiłem mokry śpiwór do wyschnięcia, podwiązałem poluzowane linki usztywniające namiot. Do tego w tym czasie doładowałem swoje powerbanki w jednym z dwóch dostępnych gniazdek.

Tego dnia miałem w planach objechanie Krakowa, gdzie wyruszyłem około godziny 12. Do stolicy Małopolski miałem około 20 kilometrów lokalnych dróg. Najgorsze czekało przed samym Krakowem. Zaraz za autostradą do miasta prowadziła ruchliwa dwupasmowa droga bez pobocza, z wąską ścieżką i poligonem przy drodze.

Po przejechaniu około kilometra dotarłem na przedmieścia Krakowa. Tutaj zaczęły się drogi rowerowe co zdecydowanie ułatwiało jazdę. Pierwszym obranym przeze mnie kierunkiem był Krakowski Rynek.

Na rynku pozwoliłem sobie na kawę podziwiając zabudowania centrum dawnej stolicy Polski, wraz z sukiennicami w na samym środku, Kościołem Mariackim i wszystkimi zabytkowymi kamieniczkami.Na jednej z pierzei w kolejce stały bryczki zaprzęgnięte w konie. Warto zwrócić uwagę, że daleko im do mocno przeciążonych fiakr jeżdżących na Morskie Oko.



z rynku poprowadziłem rower w kierunku Wawelu. Doszedłem pod samą bramę tego zamku królewskiego z katedrą koronacyjną polskich królów. Ze względu na brak stojaków do których mógłbym przypiąć rower stanąłem pod bramą i podziwiałem zabudowania Wawelu.
Następnie objechałem Wawel wydostając się nad Wisłę. Chodziło mi o odszukanie pomnika najbardziej znanej polskiej legendy, czyli Smoka Wawelskiego. Ten ciekawy obiekt stoi jest ciekawą atrakcją turystyczną, a jego atrakcyjność zwiększa to, że jak na smoka przystało, zionie ogniem.

Kolejnym punktem było sanktuarium Bożego Miłosierdzia gdzie zatrzymałem się na dłużej. Po przypięciu roweru do stojaka poszedłem do bazyliki. Następnie zabrałem rower i deptakiem poszedłem do centrum Jana Pawła Drugiego.
 Sanktuarium Bożego Miłosierdzia na Łagiewnikach

Centrum Jana Pawła II

Po dłuższej chwili pojechałem do ostatniego miejsca. Skierowałem się na Kopiec Kościuszki. Dojechałem do samej bramy budowli upamiętniającej dowódcę Insurekcji Kościuszkowskiej. objechałem ją dookoła, ale nie wdrapałem się na kopiec.

Po odwiedzeniu Kopca czas było wracać. Dojechałem do tej samej drogi, którą przejechałem połowę dystansu od przemieści do rynku. Dalej wróciłem tą samą drogą i około godzinę po przejechaniu autostrady dotarłem do Brandysówki

Mimo nocnej burzy dzień był pogodny. Droga do Krakowa mimo kilometrowego odcina dwupasmówki była przyjemna. Bardzo dobrze ją wspominam.

Kolejnego dnia czekała mnie dalsza droga, tym razem opuszczenie Doliny Będkowskiej i Jury Krakowsko- Częstochowskiej. Jednak to będzie już kolejna część serii z Wyprawy Rowerowej na Jurę Krakowsko- Częstochowską.

Ponieważ mamy jeszcze początek 2018 roku warto wspomnieć o planach na ten rok. Przed wszystkim dla mnie ciekawą przygodą będzie szlak Greenvelo. Czeka mnie tam droga z Elbląg do Białegostoku. Po świętach Wielkanocnych wybieram się w Dolinę Baryczy także na rowerze.

Turystycznie mam dwa podstawowe plany- Skalne Miasta po czeskiej stronie Gór Stołowych i Główny Szlak Sudecki im. Mieczysława Orłowicz, który chcę przejść na raty.

Biegowo ciężko mi jeszcze powiedzieć gdzie wystartuję. Będzie to na pewno Bieg Noworoczny w Świdnicy już w najbliższą niedzielę.

Plany są bardzo ambitne, aczkolwiek pewnie nie wszystkie w tym roku zrealizuję w całości. jest to blog pogodzinachpracy, więc robię to w czasie wolnym i w fajnym towarzystwie i nie jest to dla mnie przymus, ale ciekawa przygoda.

Jeśli podoba Ci się to co tutaj piszę, to zapisz się na subskrypcję, oraz zapraszam do zapisania się do grona obserwatorów. Zapraszam także do odwiedzenia mojej strony na facebooku, gdzie znajdziesz aktualności. Link do strony jest tutaj. Już za tydzień, jak zawsze w środę kolejny wpis na który serdecznie zapraszam

środa, 3 stycznia 2018

Kolorowe Jeziorka i Browar Miedzianka

Zanim zakończyłem stary rok, wraz z przyjaciółmi i siostrą wybraliśmy się w Sylwestra nad kolorowe jeziorka. Razem w 4 osoby wyruszyliśmy rano ze Świdnicy.

Po około godzinie jazdy dotarliśmy na parking obok wejścia do Rudawskiego Parku Krajobrazowego. Na parkingu było zaparkowanych kilka samochodów, co zwiastowało mało ludzi na szlaku. Po zapakowaniu potrzebnych rzeczy do plecaka ruszyliśmy do parku.

Po krótkiej chwili doszliśmy do pierwszego punktu widokowego na żółty staw. Stawik jest niewielki, jak byłem był głęboko w dole, a na nim była niewielka warstwa lodu. Po prawej stronie od jeziorka jest wysoka ściana skalna z grotą.


Kolejnym jeziorkiem jest jeziorko czerwone. Jest ono po prawej stronie od ściany skalnej. Jezioro jest już dużo większe od żółtego. Także na nim był lód, który uniemożliwiał zobaczenia atrakcji, czyli koloru tego jeziora.


Obok czerwonego jeziorka jest zejście do żółtego jeziorka. Można między innymi przez niewielką grotę.




O ile oba jeziorka są po lewej stronie drogi, tak po prawej stronie znajdują się ruiny zabudowań. Patrząc na kształt jeziorek, oraz na te zabudowania, można wnioskować, że oba jeziorka są wynikiem wyrobisk.

Po drodze przy obu jeziorkach są też drewniane zabudowania gastronomiczne. Teraz nieczynne, ale myślę, że w sezonie wiosenno- jesiennym kwitnie tam życie turystyczne.

Dalej drogą pod górę, szlak prowadzi do jeziorka błękitnego. W porównaniu do żółtego stawu i jeziora czerwonego, błękitne jest średniej grubości. Mimo, że tutaj była najgrubsza pokrywa lodu, delikatny błękit był widoczny. Przy jeziorze znajdują się ławeczki, na których można odpocząć.


Do czwartego jeziorka nie dotarliśmy. Wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy do lokalnego browaru Miedzianka. Z tarasu można było nacieszyć oczy niesamowitym pejzażem gór.

Browar miedzianka jest ciekawym miejscem. Jest to połączenie restauracji i browaru. Za szkłem widać leżakownie, skąd wszystkie 8 rodzajów piwa niepasteryzowanego są rozlewane. Miejsce jest zadbane i cieszy się dużą popularnością zarówno miejscowych, jak i przyjezdnych turystów.

Jeziorka pod lodem na pewno nie wyglądają tak wspaniale jak w sezonie. Byłem tu pierwszy raz, ale na pewno jeszcze wrócę. Na pewno jeszcze będę pisał o tym miejscu, bo warto pokazać jego pełne piękno. Miejsce także serdecznie polecam.

Jeśli podoba Ci się to co tutaj piszę, to zapraszam do subskrybowania, oraz zapisania się do grona obserwatorów. Aktualności znajdziesz także na facebooku, link do mojej strony znajdziesz tutaj. A już za tydzień jak co środę będzie kolejna publikacja.

środa, 27 grudnia 2017

Wyprawa rowerowa na Jurę Krakowsko- Częstochowską cz. 5- Ojcowski Park Narodowy

To już piąty dzień wyprawy i choć minęło od niej pół roku, to nadal nie skończyłem je pisać. Zdążyłem już wyjechać z Wrocławia i dojechać do Częstochowy, potem dociągnąłem się do Poraju i go zwiedziłem, oraz przetrwałem w nim pierwszą nawałnicę. Następnego, czwartego dnia wyjechałem z Poraju i dojechałem do Brandysówki w Dolinie Będkowskiej.


Kiedy wstałem rano, wiedziałem, że czeka mnie trochę roboty anim wyruszę. Pierwsze, to trzeba było pozbyć się dużej warstwy błota z hamulców, błotników i każdego innego miejsca, w którym utrudniałoby jazdę. Z . Potem trzeba było zabezpieczyć namiot przed ewentualnym załamaniem pogody, coś zjeść i spakować niezbędne rzeczy. 

Zanim opiszę trasę warto nieco wspomnieć o miejscu w którym się rozbiłem. Przy wąskiej uliczce z jednej strony były drewniane zabudowania trochę na kształt schroniska górskiego. Jest to Brandysówka, dom zbudowany dla alpinistów, którzy po drugiej stronie ulicy mają najwyższą poza Tatrami naturalną ścianę wspinaczkową Sokolicę. U podnóża Sokolicy jest potężne pole namiotowe. To wszystko rodzina Brandysów prowadzi od ponad 100 lat.

Z Brandysówki pojechałem ulicą górę doliny. Niedługo skończyła się i dalej ciągnęła się droga leśna. Miejscami pojawiały się duże kałuże po ostatnich opadach. Tak jadąc pod górę tą drogą dojechałem w końcu do jaskini nietoperzy.

Niedługo potem wyjechałem z lasu w Bęble. Kawałek przejechałem bocznymi ulicami, przeciąłem drogę krajową 94 i znalazłem się na granicy Ojcowskiego Parku Narodowego.

Na początek był około 3 kilometrowy zjazd w dolinę. Droga była asfaltowa, szeroka i mimo, że było na niej dużo ludzi, to było też dużo miejsca na swobodną jazdę rowerem. Mimo zakazu ruchu samochodów, co jakiś czas mijał nas samochód. Trochę to dla mnie nie do pomyślenia, ale na tego typu "turystów"niestety nic nie poradzę. 

Im bliżej dna doliny tym ciekawsze widoki się roztaczały. Na samym końcu doliny drogi asfaltowe i leśne kierowały się w różne strony Nie każda była w tym momencie dla mnie dostępna ze względu na rower. Tu postanowiłem udać się a kawę do niewielkiej kawiarni która znajdowała się w drewnianym domku. Tam kawę wypiłem w przyjemnie zagospodarowanym ogródku.

Po dłuższym lenistwie ruszyłem dalej do Ojcowa na obiad. Jechałem cały czas doliną podziwiając formy skalne, które roztaczały się zarówno z lewej, jak i z prawej strony. 



Po obiedzie w Ojcowie miałem dojechać do końca parku narodowego i skierować się na Olkusz i dalej do Klucza. Po odzyskaniu zasięgu w telefonie sprawdziłem pogodę i wiedziałem, że około godziny dwudziestej spodziewana jest gwałtowna burza. Przed rozwidleniem niestety znalazłem w nodze kleszcza, co mi trochę skomplikowało plany. Nie miałem czym go wyciągnąć, więc zmieniłem trochę planowana drogę i pojechałem do ośrodka zdrowia w Skale.

Niestety zajęło to trochę czasu, zanim tam dojechałem, wyciągnięto mi tego pasażera na gapę i wróciłem na trasę. Stwierdziłem, ze decyzję, czy dotrę na pustynię podejmę już w Olkuszu. 

Po drodze nadal mijałem formy skalne, ale dodatkową atrakcją przy drodze był zamek na Pieskowej Górze Droga ciągnęła się nadal droga wojewódzką i bocznymi ścieżkami. Tak dotarłem do Olkusza. Niestety byłem około półtora godziny jazdy od Doliny Będkowskiej, a w Olkuszu znalazłem się dość późno, przez co musiałem zrezygnować z drugiego celu tego dnia.

Do Brandysówki większość drogi pokonałem Krajową 94. Szerokie pobocze pozwoliło mi na bezpieczną i szybką jazdę. Co jakiś czas oglądałem się za siebie, by sprawdzić, czy burza nie będzie wcześniej. Na moje szczęście nie przyszła wcześniej, ale później, niż się spodziewałem. Dojechałem do trasy którą przeciąłem krajową 94, ale tym razem do Brandysówki dojechałem trochę inną drogą.

Bo zabezpieczeniu roweru jeszcze raz sprawdziłem namiot. wszystko było gotowe na przyjęcie burzy. Nie spodziewałem się wiatru, ponieważ Dolina Będkowska w tym miejscu jest chroniona z trzech stron przed wiatrem i tylko z jednej strony mogło wiać. W kolejnym wpisie z tej podróży dowiecie się jak bardzo się myliłem w swoich przewidywaniach.


Po naładowaniu zapasowych baterii poszedłem spać. Burza dużo się opóźniała, jednak nadeszła w nocy, ale o tym następnym razem.

Jest to ostatni wpis w tym roku. Przy tej okazji życzę Wam nowego roku jeszcze lepszego niż ten.

Jeśli podoba Ci się to co tutaj piszę, to zapisz się na subskrypcję, oraz do grona obserwatorów. Wszelkie aktualności są także dostępne na mojej stronie na facebooku, do której link znajdziesz tutaj. Następny wpis oczywiście jak zawsze w kolejną środę. 

środa, 20 grudnia 2017

Janusze gór, Mirki Schronisk

Miał być dzisiaj przedstawiony kolejny dzień z mojej podróży rowerowej, jednak po przeczytaniu wczorajszego wpisu na blogu zapsiepieniadze przelała się we mnie czara goryczy odnośnie tzw. ludzi gór. Post celowo został tak opisany, choć mógłbym jeszcze nadać tytuł "Warszawiaki" w górach ("Warszawiaka" poznasz po tym, że w pierwszym zdaniu powie Ci, że jest z Warszawy, a w drugim opowie jak nisko powinieneś mu się kłaniać z tego powodu. Są lepsi od wege studentów prawa trenujących crossfit)

Pierwszym poważnym zarzutem do wielu ludzi nieodpowiedzialnych, to jest bezpieczeństwo własne. Nieodpowiednie ubranie, nieodpowiednie przygotowanie, nieodpowiedni ekwipunek, nieodpowiedni uczestnicy wędrówki. Ostatnio na grupie "Sudety z Plecakiem" dużo naczytałem się o tego typu "turystach". Takim przykładem byli ludzie którzy wybrali się na Śnieżkę. Byli doskonale przygotowani. Był śnieg, mróz i wiatr. Do tego obecna pora roku (przełom jesieni i zimy) jest okresem szybkiego zapadania zmroku. Podczas jednego przejścia bodajże od Karpacza do Przełęczy Okraj spotkali kilka gróp ludzi nieprzygotowanych na te warunku. Ludzie byli bez prowiantu, z małymi dziećmi, nieodpowiednio ubrani. Post można odkopać i przeczytać szczegóły.

Kultura na szlaku, czyli coś co podzielę na dwie części. Pierwsza, to stary piękny zwyczaj, pozdrawiania każdego mijanego turysty zwykłym cześć, lub dzień dobry. Fakt, ze jak jest zatrzęsienie ludzi, tłumy jak w kolejce na Giewont, to w pewnym momencie przestaję, ale jak się mija pojedynczych turystów, to chyba jednak savoir vivre  górskie obowiązuje.

Drugi temat jeszcze gorszy, to zaśmiecanie szlaków. Jest to coś, co szczególnie boli, bo poza kwestiami estetycznymi są jeszcze kwestie ekologiczne i bezpieczeństwo. Nie wygląda to fajnie, może to zjeść jakieś zwierzę, może to spowodować jakieś skażenie biologiczne, a w okresie suszy nawet pożar. Skoro drogi turysto miałeś siłę przynieść pełne opakowanie, to czy już Ci sił brak, by zabrać puste?

Przyjrzyjmy się jeszcze zachowaniu ludzi w Schroniskach. Czemu tu jest tak drogo, czemu obsługa nieuprzejma? Pierwsze to kwestie logistyczne. Pod schronisko nie podjedzie zapakowany towarem tir, nie podjedzie nawet większy samochód, bo drogi się na to nie nadają. Dowóz towarów kosztuje. Trzeba to przywieźć czymś mniejszym, wnieść, lub znaleźć jakiś inny sposób (np. na Szczelińcu schronisko zaopatrują za pomocą platformy zamocowanej na wyciągu rozciągającym się między szczytem, a wsią Pasterka). Co do obsługi, to są tylko ludzie, którzy często spotykają się z brakiem wyrozumiałości, a nawet z dużą roszczeniowością tzw.  ludzi gór. W schronisku jesteś gościem, więc zachowuj się jak gość szanując gospodarza.

Nagannym jak dla mnie jest wzywanie z błahych powodów Gopru, lub Topru. Jest to znane zjawisko szczególnie w Tatrach w rejonie Morskiego Oka jak odjadą bryczki. Górskie i Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe nie jest zastępstwem bryczek, czy podwózką. Każdy taki wyjazd jest bardzo drogi. Wlicza się w to eksploatacja sprzętu, dodatkowe wynagrodzenie dla ludzi, koszty dodatkowe.

Zostaje jeszcze aspekt schronisk. Czym z założenia jest schronisko? Miejscem gdzie można się schronić. W górach jest to szczególnie ważne. Noc, załamanie pogody, rożne inne przygody sprawiły, że ludzie w górach zaczęli budować schroniska. Miały one służyć turystom. Jeśli ktoś planował wcześniej, to były tworzone pokoje, za które trzeba było odpowiednio dopłacić. Jeśli ktoś przyszedł  ostatniej chwili, lub szukał czegoś taniej, to spał na "glebie" za grosze. Właśnie tak powinno, być. Nie jest akceptowalnym zamykanie schroniska, bo ktoś postanowił tam zorganizować prywatną imprezę. Ostatnio głośno było o takim schronisku przy Morskim Oku w Tatrach. To nie są hotele i nie róbmy z nich "Januszowego Biznesu"

EDIT: W poprzednim akapicie ująłem także schronisko na Szczelińcu. Jedna z czytelniczek określiła to jako informację fałszywą, jednocześnie podając mi link do oświadczenia dzierżawców schroniska, które można przeczytać tutaj. Za zaistniałą sytuację serdecznie przepraszam. Jeśli sytuacja ze schroniskiem na Morskim Oku odbiegała od sytuacji tutaj opisanej, to także proszę o źródło w celu sprostowania.

Można jeszcze na wiele tematów się rozpisywać, całą książkę można napisać o tym, jakie w górach zachowania są naganne. Mnie w ostatnim czasie właśnie takie zachowania wpadły w oko. Szanujmy się.

Jest to jednocześnie ostatni post przed Świętami Bożego Narodzenia. Przy tej okazji życzę wam wszystkim ogromu radości, wspaniałych świąt w rodzinnym cieple, oczywiście głównym solenizantem w sercu.

Jeśli podobają Ci się moje publikacje to zapraszam do subskrypcji oraz do zapisania się jako obserwator. Wszelkie aktualności znajdziesz na mojej stronie na facebooku, do której link znajdziesz tutaj. A już za tydzień, zaraz po świętach kolejny wpis, na który serdecznie zapraszam.

środa, 13 grudnia 2017

Wyprawa rowerowa na Jurę Krakowsko-Częstochowską cz.4 Poraj- Dolina Będkowska

Czas powrócić do opowieści niedokończonej, czyli do wyprawy rowerowej przez Jurę Krakowsko- Częstochowską. Do tej trzy opisałem 3 dni, czyli 160 kilometrów do Częstochowy, pech pod Częstochową i o tym jak utknąłem w Poraju. Tym razem będzie czwarty dzień, czyli udało mi się wyjechać z Poraju w dalszą drogę.

Po wieczornej nawałnicy poprzedniego dnia gdy wstałem nadal padał deszcz. Trochę skomplikowało mi to spakowanie się, ale nie uniemożliwiło mi tego. Wszystkie rzeczy przeniosłem do hangaru w którym stał niewielki jacht i zacząłem składać namiot. kije i szpilki schowałem do worka, a sam namiot rozłożyłem na podłodze w hangarze. Następnie spakowałem sakwy i przywiązałem je do roweru. Potem dopakowałem namiot, dowiązałem do sakw i je zaciągnąłem paskami. Na koniec zabezpieczyłem pokrowcami przed deszczem.

Tak Spakowany pożegnałem się z gospodarzami i ruszyłem w dalszą drogę. Tym razem nie mogłem skorzystać niestety z nawigacji, ponieważ nienaładowane powerbanki i bateria w telefonie ograniczyły mi korzystanie do minimum. Miałem jednak przygotowane dwie mapy Jury- Części północnej i południowej.

Objechałem jezioro Porajskie dalej kierując się na Żarki Letnisko. Droga dookoła jeziora  była typowo szutrowa przyjemna do jazdy. Po pożegnaniu się z jeziorem przez Żarki Letnisko przejechałem szeroką drogą rowerową.

Pierwszym większym miastem po drodze był Myszków. Przejechałem tędy jak najszybciej i zasuwałem dalej przez Zawiercie. Z Zawiercia zaczął się podjazd pod Ogrodzieniec. Korzystając z okazji udałem się pod zamek Ogrodzieniec.

Po krótkim odpoczynku pod zamkiem objechałem go drogami leśnymi. Tutaj spotkała mnie przygoda taka, że się zgubiłem. Po wskazówkach miejscowych ludzi wyjechałem poniżej zamku i zjechałem do centrum Ogrodzieńca by odbić na Olkusz.

Droga do Olkusza przez długi czas prowadziła pod górę, by potem dać wypocząć wymęczonym mięśniom podczas jazdy w dół. Po drodze przejeżdżając przez Klucz minąłem z lewej Pustynię Błędowską. Jest to kolejna ciekawa atrakcja, niestety brakło mi czasu by tam pojechać.

Od Olkusza droga prowadziła drogami leśnymi i wioskami. Ciekawszym miejscem były Racławice znane z Powstania Kościuszkowskiego. Próżno tam jednak szukać jakichkolwiek tablic upamiętniających tą bitwę.

Niedaleko celu spotkała mnie kolejna ciężka przygoda. Jadąc drogą polna wjechałem w lepkie błoto, które osadziło się na hamulcach i w błotnikach. Do dotarcia do drogi asfaltowej rower z zablokowanymi kiłami ciągnąłem za sobą co ze względu na dodatkowy bagaż było dodatkowym utrudnieniem.

Po dotarci do ulicy dojazd do Brandysówki w Dolinie Będkowskiej zajął mi około pół godziny. Dotarłem tam tuż przed 22. Zameldowałem się i po opłaceniu noclegów rozbiłem po ciemku namiot.

Ostatnim tego dnia zgryzem była kuchni czynna do godziny 22. Tego dnia niewiele jadłem i jak dojechałem byłem bardzo głodny. I tak będąc głodnym nie zostało mi nic innego jak naładować telefon i iść spać na głodnego.

Dzień był dość ciekawy , a droga nie należała do łatwych. Tego dnia przejechałem prawie 108 kilometrów.

Jeśli to co tutaj piszę podoba Ci się zapraszam do subskrypcji, oraz do zapisania się na obserwatora. Zapraszam tez do swojej strony na facebooku. Link do niej znajdziesz tutaj

środa, 6 grudnia 2017

Wrocławski Jarmark bożonarodzeniowy na 50 wpis

Dzisiaj jest jubileusz 50 wpisu na bloga. Przy okazji obchodzimy świętego Mikołaja, oraz mamy początek adwentu, a więc przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Dlatego ciężko pominąć taką okresową atrakcję turystyczną jak Jarmark Bożonarodzeniowy.

Nie jestem do końca pewny skąd wzięła się tradycja organizowania jarmarków bożonarodzeniowych. Jest to jednak niezwykłe wydarzenie które ściąga ludzi. Największym w Polsce jarmarkiem jest ten we Wrocławiu. Do tej pory Jarmark był organizowany na rynku i deptakach ulic Oławskiej i Świdnickiej. W tym roku jednak został powiększony jeszcze o znajdujący się obok rynku Plac Solny

Podczas tego trwającego prawie do świąt wydarzenia można znaleźć wiele ciekawych upominków, a także wiele wyrafinowanych dań i napitków, których zapach roznosi się na całym jarmarku. Poza tym są jeszcze dodatkowe atrakcje, jak lasek bajkowy, gdzie są karuzele, domki z których nagrany lektor czyta bajki dla dzieci, czy też możliwość sprawdzenia zręczności rzucając do puszek.

Największym powodzeniem oczywiście cieszy się grzane wino. Na tutejszym jarmarku jest sprzedawane w specjalnym naczyniu w kształcie butów krasnoludków. Żeby napić się tego specjału, trzeba odstać swoje w kolejce.

Wrocławski jarmark przyciąga rzeszę ludzi z Polski i zagranicy. Są niesamowite tłumy (szczególnie w weekend), a idąc z grupą znajomych warto trzymać się za rękę i iść gęsiego by się nie pogubić.

Jeśli szukasz jakiegoś oryginalnego prezentu pod choinkę, to warto przejść się po stoiskach na jarmarku. Jarmark daje taki klimat przygotowań, że polecam go osobiście, a mało tego, uważam, że szkoda przegapić takie święto.

Przy okazji 50 wpisu chciałbym też serdecznie podziękować tym którzy mi towarzyszyli w górach, kibicowali na biegach, dostarczyli zdjęć (nie wszystkie zdjęcia ja wykonywałem), tym, którzy czytają bloga. Ja tylko piszę bloga, nie jestem żadnym ekspertem i zdarzają mi się pomyłki, dlatego też dziękuję tym, którzy dawali mi znać o błędach. Cieszę się, że to co piszę odnosi jakiś pożytek i mam nadzieję, że niejedną osobę zachęcił do aktywnego trybu życia i ruszenia się "z kanapy".

Zachęcam do udostępniania tego bloga, aby dotarł do jak największej liczby ludzi. Może kolejne osoby to zmotywuje, by ruszyć się sprzed komputera, lub telewizora i do zobaczenia na żywo tego piękna, które przecież jest dostępne.

Jeśli podoba Ci się to co tutaj piszę, chcesz być na bieżąco z wpisami, to zapraszam do subskrypcji, oraz do zapisania się do obserwatorów w pasku bocznym. Zapraszam tez na swoją stronę na facebooku, do której link znajdziesz tutaj. Za tydzień jak w każdą środę kolejny wpis, do którego lektury serdecznie zapraszam.