niedziela, 20 listopada 2016

Zimowa aura na Biegu Niepodległości w Świerkach

W ostatnich latach dużą popularnością cieszą się biegi niepodległości. Do tej pory biegałem w Świdnickim Biegu Niepodległości, jednak na zaproszenie Agnieszki w tym roku wybrałem się na Bieg Niepodległości w Świerkach. Jest to lokalny górski bieg, którego trasa wynosi 10,4 kilometry. Strat i meta są zlokalizowane przy świetlicy wiejskiej w Świerkach.

Pakiet startowy był tym razem skromny. Zawierał numer startowy, napój izotoniczny i talon na posiłek. Jego plusem było natomiast to, że nie był napompowany zbędną makulaturą. Po zapisaniu sie przez dłuższy czas siedziałem w świetlicy by nie marznąć niepotrzebnie.

Po dłuższej rozgrzewce ustawiłem się na starcie swoim zwyczajem na końcu grupy biegaczy. Spotkałem tutaj Agnieszkę wraz z całą Iskrą Jaszkowa Dolna. przed startem odśpiewaliśmy jeszcze hymn i ruszyliśmy na trasę.

Pierwsze półtora kilometra ciągnęło się pod górę biegliśmy na przemian po śniegu i błocie. Było bardzo ślisko, więc trzeba było uważać na każdy krok, ponieważ łatwo było o kontuzję z tego powodu. Wielu uczestników w tym momencie odpuszczało i podchodziło pod górę. Przez to peleton się rozciągał i na drodze było coraz luźniej.

Po pierwszym podbiegu otworzyły się przed nami niesamowite widoki. Postanowiłem je uwiecznić i tutaj opublikować






Zimno nie pozwalało na szybki bieg. Każda taka próba kończyła się "odcięciem tlenu". Trasa była zróżnicowana. Było zarówno dużo podbiegów jak i zbiegów. Jeden podbieg musiałem podchodzić, ponieważ był bardzo ostry i nie byłem w stanie pod niego podbiec.

Na kilometr przed metą na zbiegu, na którym biegłem bardzo asekuracyjnie słyszę za sobą głośne i przeciągłe Paaaaaaaweeeeeeeł. Odwróciłem się, a to Agnieszka biegła na wariata nie patrząc na to czy się zabije. podjąłem próbę dogonienia mnie i tuż za nią pobiegłem do mety. odebrałem medal i wzorem obecnej mody zrobiłem sobie z Agą selfie.



Bieg był ciekawą propozycją na świętowanie dnia niepodległości. Może za rok też wystartuję. Wzorem z poprzednich kilku biegów postanowiłem pobiec reprezentując Szkołę Walki Drwala. Zapraszam do komentowania, oraz na bloga Agi tutaj, gdzie pewnie niedługo pojawi się jej relacja z tego biegu


sobota, 22 października 2016

W walce z chorobą

Jak wielu moich znajomych wie, choruje na łuszczycę. Nie jest to aż tak strasznie uciążliwe, a jednak brzydko wygląda i czasem swędzi. Jednak nie jest to zakaźne, więc nie ma czego się bać.

Dlaczego jednak poruszam temat na blogu o czasie spędzonym poza godzinami pracy, gdzie czasem opublikuję jakiś ciekawy start w różnych zawodach, czy z ciekawych miejsc, z fantastycznymi ludźmi? Ponieważ jest to dla mnie dodatkowa motywacja.

Do tej pory stosowałem tylko maści i płyny na ciało. Niedawno dowiedziałem się, że powinienem stracić jeszcze trochę masy, schudnąć. Pewnych rzeczy nie powinienem jeść.

Ostatnio podczas ważenia, waga pokazała mi 93,5 kg. Wzrostu mam 182 cm. Moim celem jest 78 kg. Ponieważ udało mi się zrzucić 10 kg (2 kg odzyskałem), więc wiem, że jest to możliwe.

Co jakiś czas pewnie będę publikował postępy i ćwiczenia, więc zostało mi tylko życzyć powodzenia.

czwartek, 13 października 2016

Srebrna Góra

Od jakiegoś czasu nie opublikowałem tutaj. Choć nie będę pisał często, to jednak z publikowania nie zrezygnuję. Dlatego dziś opiszę coś, niezbyt dokładnie, co miało miejsce jeszcze podczas wakacji. Kiedy? To nie istotne.

Konkretnie chciałbym się skupić na kilku aspektach z mojego dwudniowego wyjazdu na forty do Srebrnej Górze. Bylem tam rodzicami i znajomymi. Nocleg mielismy na forcie bocznym Wysoka Skała (dawny Fort Harcerz) pod namiotami.

Pierwszą rzeczą na którą chciałem zwrócić uwagę to Fort Chochoł. Wielki fort przy jednej z tras MTB. Można tu wejść do kazamatów, w których jest ciemno. Fajne to działa na wyobraźnię. Szczególnie jak oglądałem łukowe sklepienie korytarza wętylacyjnego, którego nie trzymała żadna zaprawa. Jeśli chciałbyś dotrzeć do tego fortu, to na przełęczy między fortami kieruj się na Don Jona, a następnie odbij drogą w lewo.

Druga rzecz warta opisania tutaj to tyrolka. Jeździłem na niej już kilka razy i zawsze dobrze się bawiłem. Mierzy ona obecnie około 600 metrów i dodatkową atrakcją jest przepinanie się między linami na platformach umieszczonych wysoko na drzewach. Zjazd zaczyna się nad fosą Don Jona i kończy się na tzw. Dużym Wietnamie. Właściciele tej atrakcji chcą ją powiększyć (od fortu Don Jon do willi Hubertus) do największej tego typu atrakcji a Polsce. Niedługo zamieszczę tutaj filmiki z Tyrolki.

Na tych dwóch rzeczach zakończę. Na koniec chciałem podziękować za pierwszy tysiąc wyświetleń

wtorek, 23 sierpnia 2016

Bieg po zdrowie przy 17 Toyota Półmaraton- 7 km

Dzisiaj tak siedząc wspomniałem na słowa papieża Franciszka o siedzeniu na kanapie. A że miałem taki humor (nic mi się nie chce), postanowiłem zleźć z kanapy i iść pobiegać. Jednak nie o tym będę dzisiaj pisał, a o moim ostatnim starcie, który miał miejsce w minioną niedzielę.

Już dzień nie zapowiadał się dobrze Pogoda nie zachęcała do tego by jechać do Wałbrzycha, stawić się w biurze zawodów, już nie mówiąc o starcie. Mimo tego, byłem umówiony z Wojtkiem i jego kolegą Mikołajem, że jedziemy. I tak ruszyliśmy sod kościoła do Wałbrzycha na hale lekkoatletyczną.

Na miejscu odebrałem pakiet startowy, który mogę określić mianem "bieda z nędzą". Pakiet zawierał stos ulotkowej makulatury, numer startowy i wodę. Jeśli ktoś chciał koszulkę to musiał za nią dopłacić. Po przebraniu się i schowaniu zbędnego bagażu w samochodzie poszliśmy na rynek. Z naszej trójki ja miałem startować na 7 km, a Mikołaj w półmaratonie.

Biegłem bez jakiegoś specjalnego planu. Nawet to, żeby pierwszy kilometr odpuścić i poczekać jak się rozluźni, a dopiero potem przycisnąć nie wyszło mi. Startowałem mniej więcej równo z moim kierownikiem z pracy, ale szybko się od niego odłączyłem Po stu metrach poczułem, że moc jest ze mną i przycisnąłem z tempem, dwa razy schodząc poniżej 5 minut na kilometr.

Jedyne co mi wyszło z moich planów, to by nie korzystać z punktów nawadniania. Po pierwsze 7 kilometrów nie potrzebuje takiej ilości wody, czy izotoników, a po drugie, wiedziałem, że będą korki. Było około 2500 osób startujących, więc na trasie było ciasno, a korki przy wodopojach były duże.

Po sześciu kilometrach mocnego (jak na mnie) biegu poczułem brak tlenu. Musiałem trochę zwolnić, bo wiedziałem, że muszę dotrwać do końca. Siły odzyskałem jednak na ostatniej długiej prostej i pozwoliłem sobie na finisz w stylu Usaina Bolta wpadając na metę jak burza.

Na mecie otrzymałem medal o tematyce Złotego Pociągu. Poszedłem zjeść makaron z mięsem i następnie udałem się do samochodu, by zmienić przemoczone ubrania. Cały bieg padało, raz lżej, raz mocniej, toteż cały byłem przemoczony i wyglądałem jak po dwóch godzinach treningu w Szkole Walk Drwala.

Na koniec warto wspomnieć o wyniku. Na 7 km oficjalny mój czas wynosi 38:15 co w porównaniu do startu na tym dystansie 2 lata temu było poprawą o około 7 minut. Biegłem też z włączonym Endomondo, które zakomunikowało mi, że pobiłem swój rekord sprzed niecałego tygodnia o 42 sekundy. Tak wiec mimo pogody to był zdecydowanie mój bieg.

Zapraszam do komentowania

[PR]

sobota, 13 sierpnia 2016

Światowe Dni Młodzieży Kraków 2016

Może najpierw tytułem wstępu gdyby ktoś chciał mi zarzucić, że to nie ma nic wspólnego z tematem bloga. To co tu napiszę ma wiele wspólnego, bo jest to niesamowita podróż. Jeśli ktoś mi powie, że pielgrzymka nie jest podróżą, to zawsze podaję jako przykład wszystkie pielgrzymki piesze (często ludzie idą samotnie) do Santiago de Compostella. Otóż pielgrzymka, czy takie spotkanie jak Światowe Dni Młodzieży są wspaniałą podróżą, którą nie tylko można wzbogacić umysł, ale także i ducha. Dlatego dzisiaj właśnie będzie o tym.

Świdnica

W samej Świdnicy niewiele się działo w związku z ŚDM. Choć celebrowanie tego spotkania ograniczyło się do właściwie trzech dni (dwa dni byli obcokrajowcy z Niemiec i chyba z Brazylii, oraz msza kończąca ŚDM w diecezji), to jednak już tutaj można było zacząć przeżywać to spotkanie. Właśnie tu poznałem kolejnego przyjaciela Thomasa, który na ŚDM przyjechał do Wojtka.

Dni w diecezjach kończyły się mszą odprawianą przez biskupa świdnickiego. Treści jego kazania dzisiaj już zupełnie nie pamiętam (poza tym, że było w pięciu punktach i w jednym opisywał Jakuba apostoła). Pozdrowił też pielgrzymów w kilku językach. Następnie na Festiwalu Młodych była okazja na trochę zabawy z gośćmi. Niestety niewiele tego było, bo po obiedzie dość szybko zaczęli opuszczać Świdnicę ze względu na dalsze swoje plany (ostatni wyjechali Hiszpanie).

Po pożegnaniu gości dużo czasu spędziłem z przyjaciółmi, czy to grając w piłkę nożną, czy w siatkówkę, czy też w noc przed wyjazdem do Krakowa śpiewając karaoke. W to także włączyła się moja siostra.

W dzień przed wyjazdem zostało zrobić ostatnie zakupy i spakować się na Kraków. Wieczorem ksiądz Wojtek odprawił mszę w intencji osób udających się na ŚDM, gdzie podczas kazania zwrócił także uwagę na to, że nie ma sensu robić tylko zdjęć do których i tak się nie będzie wracało, ale warto przeżyć to jako niesamowite wydarzenie duchowe. Warto być uważnym. Wieczorem Wojtek odprowadził Thomasa do Pauliny, gdzie zrobiliśmy opisane wcześniej karaoke, a o drugiej w nocy żegnając się wróciłem do domu by się przebrać i wziąć bagaże.

Wydarzenia Centralne dzień pierwszy- Wadowice

Tuż po trzeciej w nocy autobusem wyruszyliśmy przez Żarów (skąd zabraliśmy grupę) do Wadowic. Pierwszy przystanek istotny był pod Wadowicami (nazwy wsi nie pamiętam), gdzie biskup tarnowski miał swoją katechezę. Mówił w niej o otwarciu się na miłosierdzie, oraz o wszystkich łaskach, które z miłosierdzia bożego płyną. Niedługo tej katechezie pewna siostra zakonna podzieliła się swoim świadectwem, które w poruszający sposób pokazało, jak boże miłosierdzie potrafi wyciągnąć człowieka z dna.

Po katechezie przejechaliśmy do Wadowic, gdzie przy wychodzeniu z autobusu powitali nas Kolumbijczycy. Dostaliśmy także od nich opaski z Kolumbii, oraz po krzyżyku. Stąd też poszliśmy do rynku w Wadowicach, gdzie nawiedziliśmy bazylikę wadowicką. Pod bazyliką ksiądz Wojtek powiedział o której się spotykamy i ja wraz z Wojtkiem i moją siostrą pozwoliliśmy sobie na chwilę adoracji, a potem poszliśmy na obiad.

Po powrocie okazało się, ze nie ma paru osób. Dołączyliśmy do zabawy międzynarodowej, a następnie po zmianie miejsca (przed sceną) poznaliśmy Hindusów, których nauczyliśmy zabawy w małego osiołka. Potem czekał nas powrót do autobusu i droga do naszej bazy noclegowej w Bogdanówce obok Skomielnej Czarnej.

W szkole w której mieliśmy spać zaczęliśmy od rejestrowania się o odbioru pakietu pielgrzyma. pakiet składał się identyfikatora i plecaka, w którym znaleźliśmy: opaskę na rękę z koronką, komin- chustę, pelerynę przeciwdeszczową, szalik "Amazing Poland", mapę Krakowa, płytę z filmem o "Jezu Ufam Tobie" oraz książki: Modlitewnik, Przewodnik Pielgrzyma po Krakowie, książkę Jezus Ufa Tobie, i Przewodnik Pielgrzyma. Pomieszczenie, w którym spałem dzieliłem z Szymonem, Michałem, Wojtkiem, zostawiąjąc miejsce na dwie osoby, które miały do nas dojechać.

Po rejestracji i ogarnięciu się udaliśmy się na mszę świętą, której przewodniczył ksiądz Wojtek. Na mszy byli pielgrzymi ze Świdnicy, Strzegomia, Żarowa i Ostrołęki.

Centralne Wydarzenia dzień drugi- Kraków, droga krzyżowa na Błoniach

Po dobrym śniadaniu przygotowanym przez wolontariuszki w formie szwedzkiego stołu odebraliśmy lunchpaki. Były one przygotowane w dość przydatnych workowatych plecaczkach, bardzo bogato wyposażone w jedzenie. Warto o nich napisać, bo na wyjazdach kościelnych i nie tylko suchy prowiant zazwyczaj jest bardzo skromny. Tu organizatorzy postarali się, by nikt głodny nie chodził.

Na godzinę 9 udaliśmy się na mszę do Skomielnej Czarnej. Po mszy zakonnik (chyba przeor tamtejszego zakonu) wygłosił katechezę. Sposobem jej głoszenia mógłby kogoś zgorszyć, ale mówił mądrze. Ogółem tematem kazania było to, w jaki sposób działa szatan. Robił to na przykładzie historii grzechu u Adama i Ewy. Pokazał jaki jest ciąg działania szatana na nas.

Po katechezie dopakowaliśmy plecaki pielgrzyma i autobus zawiózł nas do Krakowa. Kierowca dowiózł nas na Kurdwanów, skąd tramwajem dojechaliśmy w pobliże krakowskiego rynku. Tu odnaleźliśmy się z Pauliną, Anią, Michałem i Thomasem, którzy mieli akurat dołączyć w piątek. Thomas ostatecznie dołączył do naszej grupy, co umożliwił mu ksiądz Wojtek, a co bardzo go uradowało.

Doszliśmy do kościoła św Wojciecha i tam dostaliśmy czas wolny. Ponieważ były spore tłumy, jedyne co nam się w tym czasie udało, to zjeść lody i odebrać ciepły posiłek z punktu wskazanego na mapie (oczywiście także nacieszyć się sobą). Ten czas wolny spędziłem z Pauliną, Anią, moją siostrą Kasią, Thomasem, Michałem i Wojtkiem.

Po zebraniu się kolejnym punktem było dotarcie na Błonia Krakowskie na Drogę Krzyżową z papieżem. Tu dołączył do nas Marcin, który towarzyszył nam przez drogę na Błonia i Drogę Krzyżową.

Sama droga Krzyżowa była czymś niesamowitym, pod każdym względem. Połączona została z uczynkami miłosierdzia. Przy czytaniu każdej stacji, czytało się także jeden z uczynków miłosierdzia, a tuż przed tym pokazane były dzieła miłosierdzia organizowane przez organizacje kościelne. Były także przygotowane choreografie, które wręcz wprawiały swoim kunsztem w osłupienie. Niesamowite wręcz były rozważania stacji drogi krzyżowej, przygotowane przez biskupa Rysia. Były one odczytywane w różnych językach, ale były także umieszczone w modlitewniku. Droga Krzyżowa była także kolejną okazją, aby papież wygłosił katechezę.

Po Drodze Krzyżowej udaliśmy się na Kurdwanów do autobusu i do Skomielnej Czarnej wróciliśmy późną nocą.

Wydarzenia centralne dzień trzeci- czuwanie w Brzegach

Tego dnia w planie było opuszczenie Skomielnej Czarnej. Po pobudce około godziny siódmej wszyscy zaczęli pakować swoje bagaże, przerywając je tylko śniadaniem. Następnie po zapakowaniu wszystkiego do autobusu pojechaliśmy do Skomielnej Czarnej na mszę. Do grup Diecezji Świdnickiej i z Ostrołęki dołączyła jeszcze grupa ze Szczecina.

Po mszy przyszło nam zrobić jeszcze pamiątkowe zdjęcie na schodach przed kościołem i wyruszyliśmy do Krakowa na nasz parking na Kurdwanowie. Po dojechaniu przeszliśmy na znajdujące się nieopodal Łagiewniki do centrum Jana Pawła 2. Po drodze z odległości około 100 metrów było nam dane zobaczyć przejeżdżającego papieża.

Po dotarciu na miejsce dostaliśmy czas wolny, aby coś sobie zjeść i mieć czas na modlitwę. Tu dobrałem się grupą z Pauliną, Anią i Michałem. Weszliśmy do kościoła w centrum JP2, a następnie udaliśmy się odpocząć w cieniu drzewa między tym centrum, a sanktuarium Bożego Miłosierdzia.

Około pół godziny przed planowaną zbiórką weszliśmy do sanktuarium by się chwilę pomodlić. Po wyjściu z kościoła widząc ile jeszcze jest czasu skorzystaliśmy z okazji, by po adorować najświętszy sakrament w niewielkiej kaplicy przy samym sanktuarium.

Gdy już się zebraliśmy wszyscy, ruszyliśmy na Tramwaj, który miał nas dowieźć jak najbliżej kampusu Miseri Cordia. Na przystanku robiły się tłumy pielgrzymów, a każdy kolejny przyjeżdżający tramwaj był przepełniony. Wzięliśmy się na sposób i przeszliśmy na przystanek z którego tramwaje odjeżdżały w przeciwną stronę.

Po dojechaniu na pętlę tramwajową nie wysiadaliśmy. Dołączyła do nas grupa z Hiszpanii i tramwaj w ten sposób się zapełnił. Mając pewne doświadczenia z linii 145 i 146 z Wrocławia zająłem miejsce na przegubie, ponieważ wiedziałem, że w takim ścisku to będzie najwygodniejsze miejsce podróży. Tak też jadąc prawie półtora godziny dojechaliśmy do pętli tramwajowej na Nowym Bieżanowie. Stąd czekał nas spacer do samych Brzegów (około 5 km)

Od Nowego Bieżanowa szliśmy w tłumie. Nie był to jakiś dziki tłum, a raczej wielka grupa ludzi, która spotkała się w jednym celu (wyglądało prawie jak pielgrzymka grupy międzynarodowej 2' na pielgrzymce krakowskiej do Częstochowy, tylko kilkaset razy większa). Ludzie witali nas ze swoich ogrodów. W ten upalny dzień niektórzy z nich, oraz strażacy tworzyli kurtyny wodne by ulżyć pielgrzymom.

Jako, że miałem wejściówkę do sektoru 0, musiałem dotrzeć punktualnie do 18. Poza mną tą wejściówkę miały jeszcze Monika i Ola. Ja i Ola byliśmy ostatnimi osobami, które BOR przepuścił do sektora. Zostało tylko przejść rewizję osobistą i można było wejść. Udaliśmy się jak najbliżej barierki oddzielającej oba sektory 0 od drogi z bramy miłosierdzia do ołtarza. Dzięki temu było mi dane zobaczyć papieża z bardzo bliska.

Po katechezie wygłoszonej przez papieża zaczęło się czuwanie przed najświętszym sakramentem. Rozłożyłem sobie karimatę, by skupić się na modlitwie, a nie na bólu kolan wynikającym z klęczenia na niewygodnym podłożu. Czas czuwania z Ojcem świętym nie był długi, jednak sama adoracja przeniosła się do namiotu w innym sektorze (o czym niestety nikt nam nie powiedział, a dowiedziałem się o tym dopiero po fakcie) i rozpoczęły się koncerty.

Podczas koncertów udało mi się spotkać panią Krysię i księdza Jurka. Okazało się, że ci moi przyjaciele są w tym samym sektorze co i ja. Chwilę porozmawialiśmy i następnie opuściłem sektor szukając swojej grupy. Zajęło mi to chyba z godzinę. Po znalezieniu grupy jeszcze chwilę się pokręciłem, porozmawiałem z innymi o wrażeniach i po rozłożeniu się poszedłem spać pod chmurką.

Wydarzenia centralne dzień czwarty- Msza Posłania w Brzegach

Obudziłem się dość wcześnie rano. Wiele osób już nie spało. Spakowałem więc to co niepotrzebne i postanowiłem się trochę rozprostować. Niedługo potem ruszyłem szukać lunchpaków z nadzieją, że jeszcze je znajdę. Niestety już ich nie było, ale zapasy z poprzednich dwóch pozwalały mi jeszcze spokojnie przeżyć nie będąc głodnym.

Niedługo po tym jak wróciłem zaczęli zamykać drogę obok sektoru B10, w którym byliśmy. Był to dla nas sygnał, że tędy będzie jechał papież. Ponieważ byliśmy rozłożeni w rogu sektora, to miejsce było dobre, by szybko zając swoje miejsce przy płocie. I tu znów było mi dane zobaczyć papieża z kilku metrów. Jednak zanim do tego doszło, to jeszcze pożegnałem Thomasa, który musiał dołączyć do grupy z Marsylii, z którą wracał potem do Francji.

Msza posłania była pierwszym moim spotkaniem z papieżem na który miałem pełne tłumaczenie tego co mówił. W końcu znalazł się ktoś z działającym radiem w telefonie. Na wszystko co się działo na ołtarzu mięliśmy wgląd na telebimach, które też były dość oddalone. Warto też zaznaczyć, że szafarze szybko podocierali z komunią do sektorów.

Po mszy czekaliśmy jeszcze na księży, którzy koncelebrowali mszę z sektora 0. Potem wyszliśmy z sektora i kierowaliśmy się do wyjścia B. Tu nas opuścili Michał i Ania, którzy do Świdnicy wracali samochodem z pewną parą, która niedługo bierze ślub.

Dotarliśmy już do prostej do wyjścia z kampusu Miseri Cordia. Oczywiste, że trafiliśmy na spory i gęsty tłum. Gdy zaczęły przedzierać się przez niego karetki, waz z Pauliną i jeszcze dwoma dziewczynami przeszliśmy bokiem podchodząc jak najbliżej do wiaduktów. Gdy samochody przejechały, wróciliśmy do tłumu i bardzo wolnym tempem dotarliśmy pod wiadukty, a gdy się trochę rozluźniło, trochę szybciej doszliśmy do skrzyżowania, gdzie czekaliśmy na grupę. Podczas przedzierania się zmieniła się pogoda i zaczęło lać.

Następnie z Grupą wróciliśmy do Nowego Bieżanowa. Szliśmy dalej wzdłuż torów, by znaleźć przystanek tramwajowy na którym nie trzeba będzie czekać na wolne miejsca dla grupy. Z poszukiwań zrezygnowaliśmy przy czwartym. Kierowcy naszych autobusów podjęli próbę przedarcia się przez Kraków.

Znów zaczęło padać, więc policja z pobliskiego posterunku zaprosiła san, byśmy przeczekali ten deszcz na posterunku nie moknąc. Ponieważ ulice były pozamykane, autobusom nie udało się do nas dojechać. Gdy korki na przystankach się rozładowały wsiedliśmy do tramwaju i dojechaliśmy w pobliże parkingu z którego mogły nas odebrać autobusy.

Tu od grupy odłączyła się Paulina, która została w Krakowie. Po pożegnaniu się z nią i ogarnięciu się wyjechaliśmy w drogę powrotną do domu. Do Świdnicy dojechaliśmy w środku nocy.

Długie to było i pisanie zajęło m kilka dni. ŚDM był to piękny czas i gdybym miał znów brać udział w czymś takim, to bardzo chętnie. Warto jeszcze na kilka rzeczy zwrócić uwagę, ale celowo to zostawiłem na zakończenie.

Nie pisałem o tym co mówił papież, ponieważ można to znaleźć w intrenecie. Wart je uważnie przeczytać. Warto tym też żyć n co dzień, aby Światowe Dni Młodzieży trwały cały czas w nas.

Byłbym chyba ślepym gdybym nie napisał o służbach mundurowych na ŚDM. Odwalili kawał dobrej roboty, a wszystko co robili, robili z sercem.

Zapraszam oczywiście do komentowania

[PR]





środa, 20 lipca 2016

Spowalniamy

Dzisiaj będzie bardzo krótko, wlasciwie kilka zdań. Doszedłem do wniosku, że dobrym pomysłem będzie spowolnienie. Posty będą pokazywać się rzadziej.

[PR]

wtorek, 19 lipca 2016

Bezpiecznie nad wodą

Może w tym roku nie trąbi się na prawo i lewo ile to już osób utonęło, ale temat jest jak najbardziej ważny i trzeba go przypominać. Jak bezpiecznie zachować się nad wodą, oraz jak nie stracić zdrowia i życia. Ponad 3 tygodnie temu zaczęły się wakacje, a co za tym idzie, dzieci i młodzież maja dużo wolnego czasu. W upalne dni często ten czas spędzają nad wodą. Ludzie pracujący też często wybierają się poplażować i popływać. w końcu jest sezon. Na co w takim razie warto zwrócić uwagę?

Najbezpieczniejszą opcja wypoczynku nad wodą są kąpieliska strzeżone. Ratownicy WOPR choć nie wyglądają, to jednak są doskonale przeszkoleni. Należy stosować się do ich poleceń, ponieważ nie nakazują czegoś, bo nie chce im się pilnować i ułatwiają sobie pracę, ale są odpowiedzialni za bezpieczeństwo na kąpielisku. Nawet jeśli wyglądają, jakby się tylko opalali, to jednak cały czas pilnie obserwują, czy przypadkiem nie ma zagrożenia bezpieczeństwa w wodzie. Jeśli takie dostrzegą, to od razu interweniują.

Wiele osób korzysta jednak z kąpielisk niestrzeżonych. Tu już pojawia się dużo więcej zagrożeń zazwyczaj wynikających z własnej głupoty. Czego w żadnym wypadku nie robić na takim kąpielisku?

Pod żadnym warunkiem nie należy wchodzić do wody po alkoholu. Piwo to też alkohol. Jedną z wad trunków jest to, że po nich niekoniecznie panujemy nad sobą. wydaje się nam, że zrobimy więcej niż możemy. Najwięcej utonięć jest po spożyciu alkoholu.

Nie skacz do niesprawdzonej wody. Ja osobiście do wody skaczę tylko na basenach w miejscach do tego wyznaczonych i tylko wtedy gdy sprawdzę, czy nikogo nie ma w miejscu, gdzie zaraz wskoczę do wody. Na niestrzeżonych kąpieliskach nigdy takiej pewności nie mam. Dna często nie widać, a potrafi ono zmienić swoja głębokość nawet w ciągu godziny (np. naniesie się piasek). Uderzenie w dno głową w najlepszym przypadku skończy się trwałym kalectwem.

Nie przeceniaj swoich możliwości. Najczęściej toną osoby, które pływają doskonale. Jeśli ktoś nie potrafi pływać i ma odrobinę rozumu, to nie wypłynie dalej niż czuje dno. Dobrzy pływacy często nie biorą pod uwagę, że może braknąć im sił, lub złapie ich skurcz.

Skacz ratować kogoś tylko wtedy gdy nie masz innego bezpiecznego wyboru wyciągnięcia go, oraz gdy potrafisz wyciągać topielców z wody. Nie jest mądre ratowanie kogoś za wszelką cenę. Jeśli słabo pływasz, nie potrafisz się w wodzie przed topielcem obronić, to próba ratowania topielca kończy się dwoma ofiarami- ratowanym i ratującym. Rozważ wszystkie za i przeciw. Prawo mówi, że pomocy należy udzielić poszkodowanemu tylko wtedy, gdy życie i zdrowie ratującego nie jest narażone na niebezpieczeństwo.

Myślę, że tyle głównych uwag do pływania w zupełności wystarczy. Pamiętaj, że na kąpieliskach odpowiadasz za siebie i innych. Zwróć uwagę na innych wypoczywających. Wzajemne czuwanie nad bezpieczeństwem swoim i innych jest kolejnym krokiem do bezpiecznego wypoczynku.

Zapraszam do komentowania

[PR]

poniedziałek, 18 lipca 2016

Wielka Sowa

Zazwyczaj piszę o tym co robię lub gdzie jestem. Jednak chciałbym także pokazać miejsca godne polecenia. I tak będzie tym razem. Wielka Sowa jest górą, na której jestem co najmniej kilka razy w roku. Ponieważ to jest blisko Świdnicy, a góra nie jest jakaś trudna do zdobycia, więc jak mam z kim się wybrać, to ruszam tam.

Szczyt Wielkiej Sowy jest na wysokości 1015 m. n. p. m. i jest to najwyższa góra w paśmie Gór Sowich. To pasmo górskie znajduje się na północno-wschodnim krańcu Sudetów i doskonale z niego widać Przedgórze Sudeckie sięgając wzrokiem nawet do Wrocławia (ze szczytu Wielkiej Sowy doskonale widać Sky Tower).

Jest wiele szlaków wiodących na szczyt Wielkiej Sowy. Ja osobiście używam tylko niektórych z nich, jak dla mnie już dobrze znanych. Są to z Rzeczki (dokładnie z Przełęczy Sokolej przez Małą Sowę, lub obok schronisk Orzeł i Sowa), z Przełęczy Walimskiej (przed szczytem łączy się ze szlakiem wiodącym od Przełęczy Sokolej przez Małą Sowę), Z Rozciszowa i stokiem narciarskim między Przełęczą Walimską, a Rozciszowem.

Szczyt góry jest doskonałym miejscem na rekreację. Są tu postawione wiaty, miejsca na ognisko, a centralnym miejscu są wieża widokowa i mała kapliczka, która niedawno została zbudowana. Ciężko jednak wokół szczytu znaleźć gałęzie do ogniska, ale drewno można zakupić w wieży.

Ze szczytu roztaczają się także piękne widoki. Najlepiej udać się na wieżę widokową, lub na szczyt stoku narciarskiego. Przy dobrej widoczności doskonale roztaczają się widoki na okoliczne pasma górskie, oraz na Przedgórze Sudeckie które wygląda przepięknie, także nocą.

Wielka Sowa jest rajem dla sportowców. Jest tu wyznaczona strefa MTB, a okoliczne organizacje związane z kolarstwem górskim regularnie organizują tu zawody po tych trasach. Poza tym jest organizowanych kilka biegów górskich po zboczach góry, lub ciągnących na sam szczyt. Podnóże Wielkiej Sowy to także ośrodek narciarski dla okolic. Wyciągi działają w Rzeczce, a stoki są różnej długości. Mam także szczerą nadzieję, że kiedyś przywrócą działanie wspomnianego tu stoku ze szczytu.

Po drodze z Rzeczki działają 2 schroniska górskie. Są to schroniska Orzeł i Sowa. Można w nich napić się dobrej kawy, zjeść coś dobrego, lub nawet przenocować.

Szczyt Wielkiej Sowy cieszy się także popularnością w noc sylwestrową. Zawsze jest tu pełno ludzi zgromadzonych wokół ognisk bawiących się niemal do godzin porannych.

Wielka Sowa także w ostatnich latach cieszy się pewną popularnością wśród katolików. Staraniem Diecezji Świdnickiej powstała tu mała kapliczka. W noc sylwestrową zawsze jest tu odprawiana msza. Tu także z Rozciszowa zmierza ekstremalna droga krzyżowa (w błocie i śniegu). W sezonie turystycznym (przynajmniej w tym 2016) jest tu co niedziele o godzinie 15 odprawiana msza.

Jak widać, każdy tu znajdzie coś dla siebie. Dzięki gminie Pieszyce atrakcja turystyczna jaką jest Wielka Sowa cały czas się rozwija. Warto więc wybrać się tutaj.

Zapraszam do komentowania.

[PR]

niedziela, 17 lipca 2016

Z cyklu historia 4- rowerem po godzinach pracy jak wracałem przez strefę wałbrzyską post z dnia 14.07.2015

Sama opisana poprzednio droga powtarzana cały czas bez urozmaiceń byłaby nudna. Postanowiłem czasem po pracy urozmaicić sobie drogę. Zacząłem realizować to parę dni po pierwszym dojeździe do pracy. 
Z pracy ruszyłem w kierunku Parku Książańskiego, niezbyt stromym podjazdem. Wjeżdżając przez bramę Lwów kierowałem się cały czas głównym ciągiem rowerowo- pieszym w kierunku Książa. Po kilkunastu minutach podjazdu dojechałem do zabudowań tego wielkiego kompleksu pałacowego. Zjechałem do bram samego pałacu, by zobaczyć, czy uda mi się dostrzec jakieś ślady niedawnego pożaru dachu pałacu.
Gdy to mi się nie udało ruszyłem do Wałbrzycha, gdzie miłym zaskoczeniem były nowo powstałe drogi rowerowe. Na światłach ruszyłem w ulicę Uczniowską, gdzie trasa rowerowa prowadzi przez prawie całą strefę. Przed niedawno zbudowanym mostem skręciłem w prawo i pojechałem w kierunku Pogorzały. 
Mając cały czas z góry przejechałem Pogorzałę i Witoszów Górny docierając do Witoszowa Dolnego. Tam dalej prosta drogą dojechałem do tej opisanej w poprzednich wpisach krzyżówki i dalej do domu.
Trasa jest dość ciekawa i wymaga niewiele wprawy. Po drodze można tez się skierować do punktu widokowego, z którego widać cały Książ. W Wałbrzychu po drodze mija się Palmiarnię. Myślę, że warto taką trasą wybrać się w połowie maja.

Zapraszam do komentowania

[PR]

sobota, 16 lipca 2016

Sport a chudnięcie

Wiele osób uprawiajacych sport twierdzi, że robi to tylko po to, aby schudnąć. Jak to jest z tym chudnieciem? Czy samo bieganie oznacza, że koniecznie musisz schudnąć?

Problem utraty nadmiaru kilogramów jest dość złożony. Sport da ci wiecej sił, lepszą kondycję, poprawi spalanie materii. Ale samo uprawianie sportu przy złej diecie nic nie da. Na co warto zwrócić uwagę?

Zapotrzebowanie energetyczne i bilans energetyczny. Nie da się schudnąć spalając 1000 kcal i uzupełniając 2000 kcal po treningu. Tu bilans musi być ujemny. Jednak nie można popadać w skrajnosci i nic nie jeść. Jakąś wartość energetyczną trzeba uzupełnić.

Do treningów z kolei trzeba podchodzić mądrze. Przeciążenie organizmu źle dobranymi treningami spowoduje kontuzję. Może też trwale wyeliminować nas z trenowania, lub doprowadzić do niebezpiecznych chorób.

Warto nie zrzucać zbędnego balastu jak najszybciej. Lepszy efekt bedzie miało powolne, wypracowane chudnięcie. Przy zbyt szybkim pozbywaniu sie masy skóra nie nadąża z regeneracją. Powstają wtedy brzydkie zwisy skóry, lub rozstepy. Przy spokojnym miarodajnym traceniu wagi skóra nadąrza się regenerować i napręża się.

Na początek aby wszystko dobrze sobie podpierać, warto zainwestować w trening personalny, oraz w dietetyka. Trener personalny dobierze ci obciążenia treningowe, pokaże dobre ćwiczenia by osiągnąć swój cel. Dietetyk dobierze odpowiednią dietę.

Sceptycznie podchodzę jednak do suplementów diety. Mogą one pomóc jeśli czegoś w organizmie brakuje. Warto jednak pamiętać o tym, że zazwyczaj jest to chemia, która nie jest obojetna na nasze zdrowie. Zdecydowanie odradzam wszystkie spalacze tłuszczu.

Zdarza się jednak, że nie chudniemy mimo starań. Wtedy to może oznaczać jakąś chorobę. Wtedy koniecznością mogą okazać się specjalistyczne badania. Z tego co wiem, większość chorób powodujacych nadwagę da się wyleczyć.

Dlatego jeśli myslisz o atrakcyjnej sylwetce, to zrób to z głową. Na pewno zdrowe podejscie jest najlepszą i najbezpieczniejszą opcją.

Zapraszam do komentowania
[PR]

piątek, 15 lipca 2016

sport knajpiany

Są pewne rozgrywki sportowe, które mi kojarzą się tylko i wyłącznie z knajpami. Może dlatego, że przede wszystkim tam można znaleźć przyrządy do uprawiania tych sportów. Na myśli teraz mam 3 konkretne, a mianowicie piłkarzyki, dart i bilard.

Jeśli chodzi o piłkarzyki, to akurat w te klocki jestem dobry. Grywam czasem ze znajomymi, a ponieważ nabrałem odpowiedniej techniki, uderzam dość mocno i celnie, więc rzadko przegrywam. Gram zarówno mecze singlowe jak i w parach. Odpowiednie techniki i pozycje dają duże możliwości strzelania ciekawych goli.

W darta i bilard gram bardzo rzadko. Dart, inaczej lotki jest dla mnie grą losową, tzn. nie potrafię celować, a co rzucę, to coś trafię. W bilarda natomiast nie mam okazji grać, choć jakieś podstawy znam.

Może dzisiaj znów nie będzie ambitnie, ale ogółem myślę, że te sporty są dobre dla spotkań towarzyskich. Dlaczego nie pobawić się czymś takim, jak jest okazja?

Zapraszam do komentarzy

[PR]

czwartek, 14 lipca 2016

Ale mi się nie chce

Żeby tak mi się chciało jak mi się nie chce. Tak często sobie mówię w dni, kiedy mam w planie trenować, a lenistwo mi to utrudnia. Co wtedy robić?

Oczywiście każdy tak ma, że w jakiś dzień zły humor, lenistwo, lub coś innego strasznie utrudnia mi wybranie się na trening. Zaczynam wtedy szukać pozytywów. Po głębokim przemyśleniu wyciągam wszystkie za i przeciw- i za jest zawsze więcej.

Jedną z ciekawostek jest to, że jak mi się nie chce, to osiągam lepsze wyniki. Biegam, jadę od niechcenia, więc o tym nie myślę. Mięśnie mocniej pracują, ale ja tego nie widzę. Kończy się to najlepszymi wynikami, jakie osiągam.

Jeśli trenujesz, przygotowujesz się do jakiegoś startu- gdziekolwiek, to bierz zawsze to pod uwagę. Spróbuj się zmusić do treningu według planu, aby nie stracić formy.

Trochę inną kwestią jest zmęczenie. Wtedy nie wolno forsować organizmu. Kończy się to albo zmęczeniem na starcie i słabym starcie, albo kontuzjami.

Skoro mamy już taki temat, to mi dzisiaj także się nie chce. Jeśli Tobie się zachce, to zapraszam do komentarza

Pozdrawiam

Leń nad lenie [PR]

środa, 13 lipca 2016

Jak się ubierać w góry

Ostatnio ktoś mi zaproponował, abym poruszył taki temat. Wbrew pozorom jest to bardzo ważny temat, bo odpowiedni ubiór zwiększy nasze bezpieczeństwo na szlaku, oraz zapewni komfort. Fakt, nawet najlepszy, najdroższy ubiór nie zdobędzie za san szczytu, ale na pewno w jakimś stopniu nam go ułatwi.

Zaczynając od dołu trzeba zwrócić uwagę na buty. Najlepszą opcją są buty trekkingowe, potocznie nazywane trekami. Są nieprzemakalne, a rozbudowana wersja treków za kostkę chroni nas przed skręceniem stawu skokowego. Jeśli nie masz treków, warto pomyśleć o traperach. Nie jest to już tak dobra opcja, jak treki, ale nadal usztywnia kostkę. Od biedy można założyć buty do biegania. Nie polecałbym natomiast trampek i sandałów. Pierwsze po prostu mają za miękką podeszwę i szybko się ścierają. Drugie niekryte wystawiają stopy na urazy. Na pewno głupota byłoby się wybrać w góry na szpilkach, w butach, w których można co najwyżej stać (jak ciężko chodzi Ci się po kostce brukowej, to w góry takie buty sobie odpuść), oraz na gładkiej podeszwie. Takie buty zwiększają zagrożenie kontuzjami poprzez ich niestabilność, lub możliwość pośliźnięcia się. Buty w góry powinny być rozchodzone (profil wnętrza buta dopasowuje się do stopy), dlatego warto choć krótki czas pochodzić w nich po mieście. Aby uchronić się przed odciskami i pęcherzami trzeba dobrać też odpowiednie skarpetki. Dobrze, aby nie były to świeżo ze sklepu, ale już wypróbowane w mieście.

Przechodząc wyżej, to jakie spodnie ubierać. Rurki odpadają (jeśli któryś z czytelników takich spodni używa). Spodnie w górach nie mogą krępować naszych ruchów. Czasem w sklepach można dostać spodnie trzyczęściowe, z dopinanymi nogawkami. One są najlepszym wyborem w góry. Dobrą opcją są spodnie drelichowe, przewiewne. Trochę gorszym wyborem są dżinsy, ale żeby wyło wygodnie w nich się poruszać po górach, to dość dobrą możliwością jest kupno ciut szerszych spodni i spięcie ich paskiem. Dzięki temu swoboda ruchu nie jest w nich aż tak ograniczona. Oczywiście na upały dobra opcją będą krótkie spodenki. Warto wtedy jednak zabrać na przebranie normalne spodnie, ponieważ pogoda w górach lubi się szybko zmieniać, a wraz z nią temperatura.

Idąc dalej podkoszulek, lub koszulka, którą założymy powinna być z materiałów przewiewnych i dobrze odprowadzających wodę. Na to jak jest chłodniej, dobrze jest użyć bluzy polarowej. Dobrze chroni przed zimnem. W plecaku obowiązkowa kurtka. Najlepiej z membraną, która chroni przed wiatrem i deszczem.

Ważnym elementem z którego ja jednak rzadko korzystam jest czapka. Chroni ona przed słońcem, lub zbytnim zimnem. w jakieś części może uchronić przed udarem. Może ktoś mnie kiedyś ściągnie z trasy, ale czapki zazwyczaj zapominam.

Na koniec dlaczego ubiór jest ważnym tematem odnośnie gór? Przede wszystkim wiele wypadków w górach to skutek nieodpowiedniego ubrania. Ludziom jest za zimno, za gorąco, zbyt niewygodnie, lub zbyt źle. Warto o tym pamiętać.

Zapraszam do komentowania

[PR]

wtorek, 12 lipca 2016

Siła i szybkość ... oraz wydolność

Zaplanowany przeze mnie dzisiejszy trening zainspirował mnie do poruszenia tematu kalisteniki, czyli ćwiczeń siłowych pod własnym ciężarem ciała. Nie będę się jednak rozwlekał jaka to ona jest cudowna, tylko wolałbym raczej opisać swój trening, który może być inspiracją dla kogoś, kto będzie to czytał.

Miejscem mojego treningu był plac zabaw położony obok Alexa nad Zalewem Witoszówka. przyrządy znajdujące się na tym placu doskonale nadają się do tego typu ćwiczeń. Ja jednak zdecydowałem się 4 rodzaje ćwiczeń, które miały zwiększyć moje możliwości. Jest to początek moich przygotowań bezpośrednio do biegu po zdrowie, przy Toyota Półmaratonie Wałbrzyskim.

Te cztery ćwiczenia to "berbisy" (pompka + wyskok podobne do padnij- powstań), wykroki (krok do przodu z pogłębieniem kolana do ziemi), tzw. podciąganie australijskie (pięty opierają się o ziemię, ciało znajduje się pod skosem) i bieg pod górę po schodach aż na Osiedle Słowiańskie. Celowo dobrałem sobie serie zaczynając od piętnastu powtórzeń (jedno podbiegnięcie w serii), a następnie zmniejszając po 3 powtórzenia. Na początku było to dość trudne, ponieważ ostatni raz za kalistenikę brałem się na poważnie na początku czerwca.

Po skończonych pięciu seriach obowiązkowe było rozciąganie. Zgodnie z dobrą praktyką jakiej nabyłem na treningach Szkoły Walki Drwala po skończonej kalistenice poświęciłem chwilę na rozciągnięcie każdej partii mięśni.

Ostatnim etapem treningu był trucht dookoła zalewu, który zakończyłem pod bramą bloku, w którym mieszkam. Trucht był pewnym wyrównaniem tętna i odpowiednim zakończeniem treningu, zważywszy szczególnie na to, że szykuję się do biegu.

Jeśli chodzi o tego typu treningi, to trzeba być przygotowanym na niezłą harówę. Trzeba podczas takiego treningu wylać dużo potu, co zresztą powinno dobrze wpłynąć na wydolność. Pewnie mnie jutro czekają niewielkie zakwasy, ale dzisiejszy trening dobrze zapowiada mi czas przygotowania.

Zapraszam do komentowania

[PR]

poniedziałek, 11 lipca 2016

Zdobycie Śnieżki i zwiedzanie Karpacza

Jak już o tym dawałem znać wybrałem się w Karkonosze, z celem zdobycia Śnieżki. Trochę wstyd się przyznać, ale Śnieżkę zdobyłem pierwszy raz. Jednak warto zacząć po kolei.

Dzień Pierwszy

Pierwszym etapem było dojechać do Karpacza i dotrzeć do Samotni, by tam spotkać się z Pauliną, Anią, Michałem i Karolem. Wyjechałem ze Świdnicy wczesnym ranem kierując się na Kościół Wang. Jadąc drogą przez Wałbrzych i Kamienną Górę po trochę ponad godzinie drogi dotarłem w pobliże celu gdzie zostawiłem samochód. Warto też dodać, że od Kowar widok na Śnieżkę był niesamowity, a pogoda była słoneczna z nadpływającymi chmurami.

Po zaparkowaniu samochodu skierowałem się do wejścia pod Kościołem Wang. Stamtąd wszedłem przez bramę Karkonoskiego Parku Narodowego na niebieski szlak.

Tak przez Polanę dotarłem niebieskim szlakiem dotarłem do miejsca spotkania, czyli schroniska Samotnia. Po drodze do Samotni podziwiałem góry, oraz kotły, które roztaczały się przede mną. Z czasem zza drzew było widać Strzechę Akademicką, czyli schronisko górskie, które jest następnym na drodze za Samotnią.
 widok z drogi na Śnieżkę
 jezioro Mały Staw
 Samotnia

Na Samotni przyszło mi cierpliwie czekać. trochę czasu po dotarciu Paulina dała mi znać, ze będę musiał jeszcze poczekać. Jednak dotrwałem do chwili, kiedy następny sms dał mi znać, ze moi przyjaciele dotarli i są pod schroniskiem. 

Po dłuższej chwili odpoczynku ruszyliśmy dalej w kierunku Strzechy Akademickiej.
widok na Mały Staw z drogi między Samotnią, a Strzechą Akademicką

 Dziewczyny szły przodem, a ja, Michał i Karol trochę z tyłu. Po około 10 minutach dotarliśmy do Strzechy, gdzie jednak długo nie zabawiliśmy. Dalej od Strzechy akademickiej skierowaliśmy się do Domu Śląskiego, ostatniego schroniska przed podejściem na szczyt. I tym razem Paulina i Ania wysunęły się na przód.

Schronisko Dom Śląski powitało nas tłumem ludzi. Pierwotny plan zakładał, żeby tu przenocować, ale okazało się, że nie ma miejsc. Do tego natknęliśmy się tu na płatną toaletę (pierwszy raz płatną toaletę w schronisku górskim widziałem). Po odpoczynku i posileniu się wyruszyliśmy na szlak. Tu nas zastała pewna reklama dotycząca Domu Śląskiego

Z dwóch możliwych podejść wybraliśmy to ostrzejsze. Było ono dużo ciekawsze. Po drodze były dwa tarasy widokowe na czeską stronę Karkonoszy.
Po niedługiej wspinaczce dotarliśmy na szczyt. Poza znanymi tutaj dyskami, kaplicą św Wawrzyńca i budynkiem poczty czeskiej zastał nas na szczycie mocny wiatr. Mimo to spędziliśmy tu około pół godziny napawając się widokami roztaczającymi się ze Śnieżki.

Na powrotną drogę wybraliśmy tą sam, którą dotarliśmy do celu. Tym samym szlakiem wróciliśmy do Domu Śląskiego. Jeden z uczestników wyprawy lekko nie domagał i postanowiliśmy najpierw odprowadzić go na wyciąg na Kopie. Wobec tego, że się spóźniliśmy i wyciąg był nieczynny, zapadła decyzja, że schodzimy razem na dół i w Karpaczu szukamy noclegu.


Wobec tego skierowaliśmy się czarnym Szlakiem na Biały Jar i zeszliśmy do Karpacza, na początek wyciągu. Na przedzie szedłem z Pauliną, a za nami reszta. Po dojściu do Karpacza skierowaliśmy się do miejsca, gdzie zaparkowałem samochód i w tych okolicach zaczęliśmy szukać noclegu. Udało nam się wynająć pokój pięcioosobowy za 160 zł (32 zł od osoby) w bazie, która nazywa się Garaż. I tak spędziliśmy razem dzień na wspaniałej przygodzie.

Dzień drugi (niedziela)

Niedzielę postanowiliśmy spędzić w Karpaczu. Po opuszczeniu noclegu ruszyliśmy samochodem w kierunku centrum. Po zaparkowaniu na zatłoczonym parkingu poszliśmy na tor saneczkowy Kolorowa. Tam postanowiliśmy skorzystać z tej atrakcji Karpacza. Jechałem pierwszy, ale niestety dwa razy przede mną trafiłem na maruderów i nie mogłem poszaleć.

Następnie wybraliśmy się na spacer w dół Karpacza Po dojściu do ostatnich sklepów postanowiliśmy wrócić do samochodu i wybrać się na skocznię. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze na lody. Samochód znów zostawiliśmy w okolicach świątyni Wang.

Spacerkiem ruszyliśmy w kierunku skoczni. Przy kasie, gdzie były bilety wstępu, można było także wykupić przejazd tyrolką ze szczytu skoczni. Nie dałem się długo namawiać, ponieważ lubię takie atrakcje. Dostałem "majtki alpinisty" i wie tyrolki połączone z uprzężą za pomocą liny. Następnie zaczęliśmy wszyscy się wdrapywać po schodach na punkt widokowy na szczycie skoczni narciarskiej. 

Na górze czekał już na mnie instruktor. Podczepił mnie do lin. Popatrzyłem w dół (45 metrów do ziemi) i zapytałem w jaki sposób instruktor hamuje. Jak usłyszałem, że ten na dole robi to ręcznie, to zwątpiłem (myślałem, ze będzie mnie łapał) mimo to jednak usiadłem na uprzęży i ruszyłem zjeżdżając po linach w dół. Tyrolka była tak skonstruowana, że lekko kręciło mną w prawo i lewo. Dal dole za pomocą hamulca na linie zjazdowej i liny zatrzymał mnie drugi instruktor, wepchnął na platformę i pomógł ściągnąć uprząż. Wróciłem po przyjaciół na skocznię i skierowaliśmy się do samochodu. 

Przed powrotem byliśmy jeszcze na obiedzie i w kościele na mszy. Następnie zapakowaliśmy się w samochód i ruszyliśmy w po samochód Ani. Następnie obydwoma samochodami wracaliśmy do domu.

Co prawda o paru atrakcjach jeszcze nie napisałem. Wspomnę tylko jedną, a jest to punkt anomalii grawitacji. Samochód sam toczył się pod górę.

Kończąc jednak dzisiejszy wpis muszę stwierdzić, ze tego mi było trzeba. Był to naprawdę dobrze spędzony czas, za co wszystkim uczestnikom wędrówki dziękuję.

[PR]










niedziela, 10 lipca 2016

Z cyklu historia- Moje trasy rowerowe 3 z dnia 13.07.2015

Skoro sprawdziłem drogę do pracy mogłem następnego dnia rano siąść na rower i jeździć w tą i z powrotem wykorzystując trasę tą trasę. Ciekawostką może być, że tą drogą kiedyś do pracy dojeżdżałem skuterem. I tak drogą na mapce poniżej jeździłem około półtora miesiąca.

Zmieniło się to za namową mojego przyjaciela. Zamiast kierować się z domu na Witoszów, pojechałem ulicami Boduena, Jałowcową dojeżdżając do ulicy Okulickiego. Tam skręciłem w lewo i dotarłem do ulicy M. Curie-Skłodowskiej. Skierowałem się do świateł i tam skręciłem w lewo, a następnie w prawo w ulicę Emilii Plater. Objechałem wieżę ciśnień w kształcie grzyba i wjechałem w ogródki działkowe, by po paruset metrach wyjechać na ulicy Sikorskiego i skręcić w osiedle Nad Potokiem. Następnie skierowałem się na małą obwodnicę Świdnicy i przeciąłem ją docierając po kilku kilometrach do Milikowic i kontynuowałem dawną trasę w kierunku Cierni.

Plusami takiego sposobu dojeżdżania są niskie koszty drogi do pracy, oraz krótszy czas dotarcia do pracy niż busem (to się tyczy mojego przypadku, w innych wcale tak być nie musi). Pozwala to także w prosty sposób wygospodarować czas na aktywność fizyczną, szczególnie wtedy, gdy czas jest ograniczony innymi obowiązkami. Jedynym minusem jaki tu widzę, to jest uzależnienie od warunków atmosferycznych.

I tak zniknęła wymówka pod tytułem "nie mam czasu". Warto zmienić środek transportu i zadbać o swoje zdrowie i podjąć wyzwanie "rowerem do pracy". Ja podjąłem to wyzwanie i w dalszym ciągu w nim trwam.

Tak już po słowie pisząc, dzisiaj wieczorem powinienem wrócić z Karkonoszy. Tą wędrówkę z przyjaciółmi oczywiście zamierzam tu także umieścić. Do zobaczenia jutro i zapraszam do komentowania.

[PR]

sobota, 9 lipca 2016

Z cyklu historia- Moje trasy rowerowe 2 Post z dnia 12.07.2015


Jazda próbna zaliczona, więc postanawiam jeździć dalej. Chciałem sprawdzić jak mi się będzie jeździło do pracy, ale sama taka motywacja to trochę mało. Postanowiłem, ze dodatkową motywacją będzie kupienie w Świebodzicach piwa na wieczór i tak ruszyłem. 

Skierowałem się do Witoszowa Dolnego, ale na krzyżówce w tej wiosce tym razem skręciłem w prawo. zaraz zaczął się dość stromy podjazd, ale mierzący raptem 200 metrów. po podjeździe w miarę przyjemną drogą dojechałem do drogi krajowej 35 i ją przeciąłem kierując się do Komorowa. Przez Komorów przejechałem bez przygód i następnie łagodnym podjazdem dotarłem do Zalewu Komorowskiego. Co do tego zbiornika, to pływanie mogę śmiało odradzić, ponieważ przez zamulenie woda robi się mętna. 

Niedaleko za zbiornikiem zaczęła się wieś Milikowice i tam na krzyżówce odbiłem w lewo, a następnie niedaleko za granicami wsi w prawo. tak ta ulica dojechałem przed przejazd kolejowy, jednak zamiast ulica na Ciernie wjechałem drogą polną, czego szybko pożałowałem. Droga kierowała się pod górę i prawie cała była usypana kamieniami. Przejazd przez nią na tak wczesnym etapie niejeżdżenia był mordęgą. Nierówności potęgowały ból, który był wynikiem przyzwyczajania się do siodełka, a całość spowalniała i utrudniała jazdę. 

Wyjechałem na uliczce na Cierniach i niedługo przejechałem most na drugą stronę rzeki "Pełcznica" płynącej przez Świebodzice. Po drodze przejeżdżałem obok ruin dawnego pałacu wdów Hochbergów. dojechałem do ulicy Wodnej i w nią skręciłem, a następnie ulicą Strzegomską dojechałem do rodna i wróciłem na Ciernie. Po drodze w sklepie kupiłem sobie to piwo i tym razem nie jadąc drogą polną, ale Cierniami wróciłem przez Milikowice, Komorów i Witoszów Dolny do domu.

Sama trasa nie jest najtrudniejsza, jednak zdecydowanie odradzam ja na sam początek. Przejechanie jej bez przygotowania na pewno skończy się bólem pośladków, a trasa niesamowicie wymęczy. Mogę ją jednak polecić komuś, kto jeździ 2 tygodnie. Wtedy choć to nie wyzwanie, to trasa będzie rekreacją.

Zapraszam oczywiście do komentowania. 

[PR]

piątek, 8 lipca 2016

z cyklu historia- moje trasy rowerowe 1- post z blooga z dnia 11.04.2015

Dzisiaj zaczynam cykl przenoszenia wpisów z blooga. Tak jak pisałem, będę to robił wtedy, gdy mnie nie będzie, lub będę miał jakoś ograniczony czas. Zapraszam w takim razie przez 3 najbliższe dni do odświeżenia, a może zobaczenie tego, jak to całe moje pisanie się zaczęło.

Kiedy wsiąść na rower po zakupie? Najlepiej od razu, lub jeszcze tego samego dnia. I tego dnia właśnie wsiadłem na rower i ruszyłem spod mojego bloku na krótką znaną mi trasę w okolicach Świdnicy w celu wypróbowania nowego sprzętu i rozpoczęcia treningów po trzech latach niejeżdżenia rowerem.

Trasa licząca sobie raptem 12 kilometrów przebiegała poza miastem prze dwie wioski- Witoszów Dolny i Bystrzycę dolną. Obie wsie mają jakąś swoją ciekawą historię powiązaną ze Świdnicą, ale głównym ich atutem jest to, że nie leżą na głównych drogach i ruch na nich jest niewielki. 
13 kwietnia w godzinach wieczornych wyciągnąłem swój nowy nabytek na wypróbowanie zarówno jego, jak i mojej kondycji. Skierowałem się w kierunku ulicy wałbrzyskiej kierując się na Wałbrzych. Niedługo skręciłem omijając po mojej prawej stronie szpital Latawiec, wjechałem do Witoszowa. Jedną z atrakcji tej wioski jest prywatne muzeum broni i militariów, które prowadzi prawdziwy pasjonat i godzinami mógłby opowiadać o eksponatach, które tam zgromadził. Przejechałem około 4 kilometrów do skrzyżowania i odbiłem w lewo. Jest to najkrótsza droga do Bystrzycy Dolnej. Kiedyś przy tej drodze rosły czereśnie, jednak ze względu na to, ze znajdowały się na skrajni drogi zostały wycięte. 
Po kolejnych kilku kilometrach dotarłem do Bystrzycy Dolnej, gdzie na początku tej wioski znajduje się kościół. Przez Bystrzycę przejechałem spokojnie bez żadnych ciekawszych atrakcji. Półtora kilometra za tą wioską zamiast skręcić w prawo, lub w lewo ulicą pojechałem prosto drogą dla pieszych i rowerzystów nad Zalew Witoszówka, a potem najkrótszą drogą do domu.

Trasa jest dobra dla początkujących, oraz ludzi powracających podobnie jak ja do jeżdżenia. Nie ma ciężkich podjazdów, ani dużego ruchu. Można tu także spotkać wielu rowerzystów, a w razie problemów, do Świdnicy nie jest daleko.

Zapraszam oczywiście do komentowania

[PR]


czwartek, 7 lipca 2016

Jak wybrać rower

Czasem znajomi zadają mi pytanie- jaki rower byś mi polecił. No właśnie- jaki? Jest wiele zależności na które warto patrzeć, bo jak dla mnie nie ma rowerów uniwersalnych. U jednych kryterium będzie zdrowie, u innych użycie. Na co ja konkretnie patrzę?

Pierwszym najważniejszym będzie cel zakupu. Nie polecę komuś na góry roweru miejskiego, czy kolarzówki. W zależności od tego, co to są za góry mogę polecić odpowiedni rodzaj roweru. Podobnie komuś, kto chce się ścigać po ulicach, brać udział w triathlonie, czy w wyścigach kolarskich nie polecę roweru górskiego na kołach 26 cali. Dlatego uważam, ze najważniejszym jest przeznaczenie roweru.

Kolejnym kryterium jest sprzęt. Jak dla mnie w nowym rowerze standardem powinna być lekka aluminiowa rama. Ułatwia ona jazdę. Rozmiar ramy powinien być dobrany do wzrostu (ja przy 182 cm wzrostu mam ramę 19 cali, ale mam też opcje na 21 cali). Nie ma co się ekscytować, że przerzutki Shimano. Nawet jeśli są one dobre i drogie, to przy rowerach ze średniej półki niemal na pewno są one kosztem innych elementów. Na pewno dobrą opcją jest amortyzator, nawet jeśli jest to tylko zwykły uginacz. Nie dałbym się jednak naciągnąć w rowerze na lampki (chyba, ze z dynamem w piaście), licznik, czy inne duperele. One też są wstawione kosztem innych elementów i podnoszą cenę. Zawsze można sobie je dobrać kupując osobno (zazwyczaj wychodzi taniej).

Kolejną kwestią jest budżet. Musisz wiedzieć ile możesz wydać na dany sprzęt. Uważam że w granicach 2000 zł można kupić przyzwoity nowy rower, lub w granicach 1500 zł używany. Droższy rower nie zawsze oznacza lepszy, dlatego lepiej poszukać opinii ludzi, którzy na danym modelu jeżdżą.

Nie będę jednak wskazywał, która firma jest lepsza. Tego nie wiem, ale jeśli ci na tym zależy, to poszukaj opinii koneserów. one na pewno będą użyteczne.

Jeśli ktoś jest zainteresowany na czym ja jeżdżę, to jeżdżę na Crossie Evado 1. Jest to rower trekkingowy polskiej firmy. W moim przypadku ma dość charakterystyczną fioletową ramę 19 cali. Przejechałem już na nim około 3500 km i sprawdza się bardzo dobrze. Ponieważ znam ten model i z niego jestem zadowolony, to mogę go polecić.

Wbrew pozorom jeśli jeździsz na rowerze, to warto w niego zainwestować. Na pewno poprawi to komfort jazdy. Jeśli jednak uznasz, że to był zły pomysł, to zgodnie z prawem możesz go oddać w ciągu 30 dni. Pamiętaj jednak, że musi on być nieuszkodzony.

Oczywiście zapraszam do komentowania, oraz na swój fan page

[PR]

środa, 6 lipca 2016

Rewia mody na trasie- jak się ubierać

W związku z pojawieniem się informacji o zbliżającej się promocji w Lidlu (na którą czekam już od jakiegoś czasu) postanowiłem napisać o moich doświadczeniach z ubiorem na trasach biegowych i rowerowych. Nie tylko ćwiczenia są ważne podczas wysiłku, ale także to, co na sobie mamy.

Wiadomo, że poza tężyzną fizyczną i kondycją, ważna jest wygoda. Dlatego człowiek o zdrowych zmysłach nie wybierze się na trening w dżinsach i lakierkach. Oczywistym jest, że skończyło by sie to otarciami, kontuzjami stóp, piszczeli i kolan (czasem i bez tego można się tego typu kontuzji nabawić). Do tego taki trening byłby bardzo nieprzyjemny.

Pewnie niektórzy pomyślą, że teraz będę reklamował jakieś drogie marki. Otóż nie. Ja osobiście szukam najtańszych rozwiązań. Odwiedzam dyskonty, które oferują takie promocje (buty do biegania z Lidla i Biedronki doskonale sie sprawdzają), czasem zrobię sobie wycieczkę do Decathlonu, czy szukam na Allegro. Koszulki w których ćwiczę to są zazwyczaj koszulki z pakietów startowych z zawodów. 

Na co w takim razie patrzę? Co do koszulek i spodenek, to żeby były wygodne i dobrze przepuszczały wodę. Kolory są różne w zależności od pogody (na upały polecam te wręcz rażące bielą, gdy jest zimno, to czerń sprawdza się idealnie). Gdy siadam na rower, to biorę ze sobą koszulki typowo rowerowe z kieszeniami na plecach. Spodenki muszą być takie, aby mnie nie uwierały. na rower także zaopatrzyłem się w spodenki z pieluchą. na rower także zakładam okulary (w zależności od pogody mam zmieniam kolor szkieł). Buty oczywiście do biegania. Używam ich także na rower, czy do chodzenia po płaskim. 

Jak to jednak jest z bieganiem w zawodach? Podstawowa zasada, to aby nigdy nie zakładać nowego, a już w szczególności buty powinny być wcześniej noszone. pewne zużycie i formowanie się odzieży prowadzi do tego, że staje się ona lepsza we współpracy z ciałem. Buty odpowiednio formują się do stopy. Dzięki temu zapobiegamy otarciom i pęcherzom.

Pozostaje jeszcze kwestia, czy na każdy trening zakładam świeże ciuchy. To zależy. Jeśli poprzednie są mokre, oraz śmierdzą, to ich oczywiście nie założę. Jednak zmiana co chwila ciuchów każdy trening jest trochę walka z wiatrakami. Oczywiście jak mam treningi bardzo ostre, gdzie pot się leje, to koszulki zmieniam nawet w trakcie treningu, by zapobiec otarciom. Samo jednak zwariowanie, by po kilku kilometrach truchtu zmienić ubiór na następny trening jest raczej marnotrawstwem wody i energii.

Stąd też patrząc na kilkuletnie doświadczenie z różnymi sportami warto brać przykład nawet co do ubioru. Nie musi to być ekstremalnie drogie, bo i ja kupuję po taniości. Oczywiście zapraszam do komentowania, oraz na fan page.

[PR]

wtorek, 5 lipca 2016

Siatkówka

Tyle piszę o bieganiu i jeżdżeniu na rowerze, ale jakoś nie przewinęło mi się o innych sportach. To nie jest tak, że tylko robię te dwie rzeczy i jestem członkiem SWD. Z kolegami, przyjaciółmi, a czasem z nieznajomymi zajmuję się także innymi dyscyplinami. Rzecz jasna gram zupełnie amatorsko i czasem brakuje mi techniki, a czasem zgrania. Dlatego dzisiaj będzie o siatkówce.

Rzadko gram typową klasyczną siatkówkę, jaką można zobaczyć w telewizji. Raczej zajmuję się grą typowo amatorską, często wygłupiając się na boisku (np. serwując odwróconym tyłem do boiska), nie zważając na precyzję przepisów (zdarza mi się zahaczyć siatkę). Powiedziałbym, że gram na poziomie średnio- amatorskim.

Obecnie jak jest ciepło i z kimś się umówię, to gram na stadionie, gdzie można wypożyczyć siatkę na jakikolwiek dokument. Boiska są piaszczyste, co sprzyja wszelkim padom.

Co do poziomu gry, to jest bardzo różny. Jedni grają lepiej, inni gorzej. Jednak nie o wygraną, czy technikę tu chodzi, ale o to, by spotkać się z przyjaciółmi, może kogoś nowego poznać i się poruszać.

Generalnie jest to dobra opcja na spotkanie towarzyskie. Sporty zespołowe dobrze zbliżają do siebie ludzi. Można się przy tym dobrze pobawić w zdrowej atmosferze.

Dlaczego o tym piszę? Może po części poprzez tematykę bloga. Ale piszę to przede wszystkim dlatego, że niemal każdy może grać w siatkówkę. Nie trzeba być w tym alfą i omegą. Warto to potraktować jako zabawę. Ponadto nie da się nauczyć gry w siatkówkę nie grając w nią. Więc jeśli rezygnujesz z tego, bo uważasz, ze nie potrafisz, to się tego nie nauczysz. Nawet jeśli nie lubisz tej dyscypliny sportu, to może to być i tak dla ciebie dobrą zabawą.

Tak na koniec, jeśli ktoś chciałby zagrać ze mną, to można mnie śmiało zapraszać. O ile będę mógł zagrać, to chętnie z zaproszenia skorzystam.

[PR]

poniedziałek, 4 lipca 2016

O nawadnianiu się i garść ogłoszeń

Jedną z ważnych rzeczy podczas długiego i intensywnego wysiłku jest nawadnianie się. Trzeba to robić umiejętnie. Sam się do tego stosuję i kiedy idę na długie wybieganie, startuję w półmaratonach, czy idę w góry biorę ze sobą napoje.

Tymi napojami są albo mocno zmineralizowana woda (np. Staropolanka), albo izotonik (np. 4 move, Powerade, itp.). Nigdy nie biorę energetyków na taka trasę. Dlaczego też nie wezmę na coś takiego najtańszej wody z Biedronki?

Otóż wraz z utratą wody tracimy także elektrolity, czyli potrzebne nam minerały. Nadmierne odwonienie nie wiąże się tak z utratą wody, jak z utratą tych minerałów. Najszybciej można je uzupełnić pijąc. Ale jeśli woda jest uboga w nie, to picie takiej wody nie da za wiele. Nadal będzie ich ubywać.

Na trasie półmaratonu wypacam co najmniej 2 litry (wg. tego co mi pokazuje Endomondo). Brak uzupełniania płynów skutkuje co najmniej dyskomfortem. W najgorszym przypadku brak uzupełnienia elektrolitów kończy się nawet śmiercią (niektóre organy potrzebują konkretnych składników w organizmie). Czasem zasłabnięcie na trasie także wiąże się z nieodpowiednim napojem, lub jego brakiem.

Dlaczego też nie energetyki? Co prawda wszędzie jest chemia szkodliwa dla organizmu. W izotonikach także, ale jeszcze w ilości, która na odpowiednie używanie nie będzie aż tak szkodliwa. Energetyki już maja tą najcięższą chemię. Może nie wychodzi ona od razu, ale z czasem da znać o sobie. Picie energetyków nigdy mnie nie przekonywało.

Warto, a nawet trzeba podczas długiego wysiłku się nawadniać. Warto jednak robić to odpowiedzialnie, wybierając to, co się pije.

Teraz co do ogłoszeń związanych z blogiem:

1. Jeśli podoba Ci się to co tutaj piszę, to podziel się tym. Media społecznościowe są dobrym miejscem, by przekazać coś pożytecznego. Zapraszam Cię więc do tego, abyś udostępnił moje wpisy np. na facebooku, na snapchacie, czy innych mediach.

2. Odkąd przeniosłem się na blogspota i publikuję codziennie, stworzyłem także fan page na którego serdecznie zapraszam.

3. po pewnych przemyśleniach i za namową kilku osób postanowiłem jednak przenieść wpisy ze starego bloga tutaj. Z oczywistych względów nie będą to wszystkie. Pewną historię także dokończę. Będą one publikowane w trakcie moich wyjazdów, kiedy nie będę mógł pisać, ponieważ nie będę miał ze sobą komputera.

Tyle na dziś, zapraszam do dalszego obserwowania tego co tu się dzieje.

pozdrawiam

[PR]

niedziela, 3 lipca 2016

Olbrzym zdobyty- Półmaraton szlakiem Riese

Jak już przedwczoraj pisałem, wczoraj moim celem było przebiegnięcie Półmaratonu Szlakiem Riese. Był to bieg górski, który oficjalnie mierzył 21,5 km, a z moich pomiarów (za pomocą Endomondo) wyszło 23,88 km. Nie można jednak stwierdzić który pomiar był dokładny, ponieważ bieg był 100% amatorski, szykowany na zasadach koleżeńskich bez certyfikowanych pomiarów czasu. Bieg miał służyć rekreacji, zabawie i spróbowaniu siebie.

W sobotę rano spakowałem się i samochodem wyruszyłem do Głuszycy. Po dojechaniu na miejsce poszedłem dopełnić formalności poprzez rejestrację i odebranie numeru startowego (numer 43). W tym czasie odbywał się wykład o obiektach Riese, na który jednak nie poszedłem. Następnie udałem się na spacer po najbliższej okolicy. W międzyczasie dojechali moi rodzice z siostrą i bratankami, by mi kibicować.

Niedługo przed startem zabrałem się za rozgrzewkę. Bieg wystartował równo o 12, a osobą, która obwieściła start był Dariusz Michalczewski. Wybiegliśmy z Ogrodu Jordanowskiego i ruszyliśmy do lasu w kierunku stawów.

Droga przez pierwsze 5 kilometrów pięła się prawie cały czas pod górę. Było to dość męczące, ale jednak dawałem radę. Jedynym co mnie zirytowało na tym odcinku, to ciężarówka na siłę wyprzedzająca biegaczy. Nie było to ani zabawne, ani bezpieczne. Między startem, a Osówką było dość dużo obiektów zostawionych przez Niemców po wojnie. Było to choćby wejście do Sztolni Soboń, bunkier z jeżem, zerwany nasyp kolejowy, czy bunkier Casino.

Przy bunkrze Casino biegacze byli kierowani do tunelu i wybiegali przy spuście cementu do Osówki. Następnie zbiegiem ostro w dół kierowaliśmy się do wejść do tych sztolni. Tu niestety zaczęło mi się buntować kolano. Nie doskwierało mi jeszcze aż tak bardzo, ale zaczynałem je już czuć. Był to dziewiąty kilometr drogi.

Następnie przy wejściu do Osówki znajdował się pierwszy punkt nawadniania. Tu po szybkim skorzystaniu z wody i izotoniku ruszyłem dalej. Po chwili był bardzo ostry podbieg, który musiałem pokonać idąc, ponieważ niemożliwym dla mnie było już pokonanie go biegiem. Tak przeszedłem obok kolejnego obiektu Riese (siłownia) i wróciłem pod Casino. Stąd już dalej czarnym szlakiem kierowaliśmy się do Włodarza. Było to kolejne kilka kilometrów drogi lasami. po drodze przebiegaliśmy obok wsi Grządki.

W pewnym momencie mijałem wracających biegaczy. Należało dobiec do Włodarza, a potem wrócić kawałek do niebieskiego szlaku i ruszyć znów pod górę, tym razem w okolice szczytu Włodarz. Zanim jednak tam dobiegłem, dotarłem do Włodarza, gdzie znajdował się drugi punkt nawadniania. Uzupełniłem sobie na nim izotonik i ruszyłem dalej.

Pod górę zostało mi już tylko iść. Kolano nie dało mi już biegać. Tak maszerując dotarłem na do najwyższego punktu biegu, skąd trzeba było już się kierować do mety. W pewnym momencie dotarłem do szlaku którym na początku podbiegałem do góry. Tak doszedłem do stawów i postanowiłem mimo bólu zakończyć biegiem. Przy ostatnim stawie spotkałem swoich kibiców w postaci rodziców, siostry, bratanków, oraz moich przyjaciół: Michała, Ani i Pauliny, którzy przyjechali na rowerach ze Świdnicy by mnie wspierać.

Wziąłem mojego młodszego bratanka i ruszyłem z nim do mety. Tam usłyszałem, że biegnie ojciec z synem (hahaha). Odebrałem medal i wodę, i ruszyłem na posiłek regeneracyjny.

Jak na amatorski bieg, organizacja nie była zła. Tam gdzie można było się zgubić, byli wolontariusze. Trasa była oznaczona, a drogi na które nie powinniśmy wbiegać były zagrodzone taśmą. Cały bieg, jak to bieg górski był bardzo trudny, wymagający bardzo dobrego przygotowania. Jeszcze dzisiaj pisząc o tym wszystkim czuję kolana, które powoli odpuszczają. Ogółem gdybym miał znów pobiec, to bym pobiegł jeszcze raz.


EDIT1: Dzięki uprzejmości Ani udostępniam krótki film z końcówki biegu. Dziękuję Ania


sobota, 2 lipca 2016

Długie bieganie

Miało być dziś o półmaratonie. Odłożę to jednak do jutra, a dziś krótko o tym, jak mi się udaje pokonywać tak długie dystanse. Nie jest to łatwe. Oto kilka podstawowych dla mnie rzeczy, by skończyć.

Pierwsze, to się nie ścigam. Są to niby zawody, ale ja nie jestem profesjonalistą, nie mam profesjonalnych treningów biegacza. Jak dobiegne na metę, to juz jestem zadowolony.

Drugie, to ukladam sobie w głowie jakiś plan. Chodzi o to by nie zacząć źle. Dzięki temu nie tracę sił na starcie.

Trzecie to odnowa biologiczna. Na tydzień przed polmaratonem zwalniam. Wtedy też o ile jest to możliwe dłużej śpię. Staram się jak najbardziej wypocząć.

Czwarte to trening. Mimo wszystko jednak biegam, jeżdżę na rowerze, uczeszczam na treningi Szkoły Walki Drwala. Wylewam siódme poty, ale jakiś efekt to ma

Piąte to podczas biegu nie staję. Biegnę jak dlugo mogę. Jak brakuje powietrza lub paliwa, to ostro zwalniam, ale dalej biegnę. Wyjatkami kiedy idę są kontuzje, lub przeszkody których nie da się przebiec.

Szóste to ustawiam się z tyłu stawki. Dzięki temu wiem, że nikt mnie nie stratuje. Nikomu też dzięki temu nie utrudniam, a ponieważ się nie scigam, a tylko biegnę by się bawić, to najwyżej kogoś wyprzedzę.

Niby to niewiele, ale skutki w postaci ukończenia tak trudnych biegów jak półmaratony przynosi. Jeśli chcesz się tym bawić jak ja, to myślę, że warto wziąć to pod uwagę.

piątek, 1 lipca 2016

hejty na sportowców

Jedną z bardziej denerwujących rzeczy o jakich się słyszy są hejty. Czasem stojąc gdzieś z boku oglądając jakieś amatorskie, lub nieamatorskie rozgrywki sportowe usłyszę coś, co tak naprawdę nie jest ani pożyteczne, ani dobre.

Najbardziej idiotycznym tekstem na jaki się natknąłem było "oni nie potrafią biegać, wiec po co biegają". Nie wiem do czego to miała być aluzja, ponieważ bieganie jest czynnością nabytą naturalnie. Każdy potrafi biegać, a technika nie ma tu nic do gadania. Każdy biega tez jak potrafi, startuje jak potrafi, gra jak potrafi, robi coś jak potrafi. Jeśli to robi to bardzo dobrze. Pozwolę tez sobie umieścić tu film z kanału "Langusta na Palmie" Na którym Adam Szustak OP mówi bezpośrednio o hejcie:

Może też parę słów kim są hejterzy. Są to ludzie, którzy nie wezmą się za coś, nie podejmą wyzwania. Są jednak pierwszymi krytykami, niemal naczelnymi demotywatorami. Ta frustracja często bierze się z chorej zazdrości.

Teraz zostaje zadać pytanie hejterom: skoro jesteś taki mądry, inteligenty i w ogóle ... to dlaczego sam nie pokażesz jak się w coś gra, jak się biega, jak startować? Pokaż jaki jesteś doskonały, wykaż się talentem.

Nie powinno być jednak tutaj negatywnie. Jeśli coś robisz drogi czytelniku- biegasz, grasz w gry zespołowe, uprawiasz jakikolwiek sport- to już jesteś kimś, z kogo warto brać przykład, kimś godnym podziwu. Masz jakieś swoje hobby, pasję i to realizujesz. Nie jest istotne to, ze czasem Ci nie wyjdzie, że coś stale nie wychodzi. Skoro robisz to co robisz, i robisz to cały czas, to mimo wyników kontynuuj to. Może za jakiś czas obrodzi to w duży sukces.

Chyba tyle na dziś. Jeśli ktoś jest chętny w kibicowaniu jutro na półmaratonie szlakiem Riese, to zapraszam. Start półmaratonu jutro (2 lipca) o 12:00

czwartek, 30 czerwca 2016

Sport charytatywny

Czasem dużą popularnością wśród celebrytów, polityków, czy sportowców cieszą się starty, lub działania charytatywne. Wtedy albo grają publicznie, a pieniądze z danego meczu są przeznaczane na cele charytatywne, albo też sami przeznaczają jakąś pulę na te cele. Jak to jednak wychodzi z działalnością charytatywną wśród amatorów?

Jest możliwość aby zwykły szary człowiek poprzez swoje dokonania na polu sportu amatorskiego także czynił dużo dobra. Są ku temu różne akcje, za którymi zazwyczaj kryją się korporacje. Takie akcje są reklamowane, dość powszechne. Starczy zrobić bardzo niewiele, aby komuś pomóc.

Gdy biegłem 10 kilometrów na biegu Uniwersytetu Medycznego była jedna z takich akcji. Celem akcji było wsparcie ludzi z białaczką. Polegała ona na rejestrowaniu na odpowiedniej stronie przebytych kilometrów. Akcję promowała wtedy Iwona Guzowska. 

Kolejną taką znana akcją jest "Pomoc mierzona kilometrami". Polega ona na zarejestrowaniu się w aplikacji Endomondo, dołączeniu do tej rywalizacji i pokonywaniu kolejnych kilometrów. Akcja dzieli się na kilka etapów, gdzie w danym czasie musi zebrać się odpowiednia ilość kilometrów zsumowanych. Jeśli się uda, T- Mobile przekazuje pulę przeznaczona na dany etap Fundacji TVN Nie Jesteś Sam.

Kiedyś w Warszawie raz w roku był organizowany Ecco Walkaton. Polegało to na tym, że przychodzili ludzie i rejestrowali się do wspólnego spaceru. Następnie razem przeszli jakiś dystans. Następnie mnożono długość odcinka i ilość uczestników i pulę wynikającą z przebytych łącznie kilometrów Ecco przekazywało na cele charytatywne.

Czasem można także w aplikacjach znaleźć oznaczone jako rywalizacje kolejne akcje charytatywne. Polegają jednak zazwyczaj na tym, że za daną ilość przebytych kilometrów uczestnik dobrowolnie wpłaca na dany cel pieniądze. Tu jednak trzeba być bardzo ostrożnym, ponieważ można trafić na oszustów. 

Dobrą opcją jest samemu znaleźć sobie jakiś cel. Wtedy wedle własnych zasad można na ten cel wpłacać pieniądze za osiągnięcia sportowe. Wtedy jest pewność, ze one na pewno będą wydane zgodnie z potrzebą podopiecznych danej instytucji, na którą pieniądze są wpłacane.

Jak widać, pomaganie innym nie wymaga jakiegoś heroizmu. Można to robić z pasją, robiąc jednocześnie coś dla siebie. Warto choćby tym drobnym gestem komuś pomóc. Tak wiec skoro jest taka możliwość niesienia pomocy, to czemu jej nie wykorzystać

środa, 29 czerwca 2016

Co ja piszę- kilka wyjaśnień i krótka refleksja

Dzisiaj miało być o czymś nieco innym, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Czasem bywa po prostu tak, że ma być o czymś, ale nachodzi pewna refleksja. I mnie ona naszła, ale dotyczy to bardziej osób które mi towarzyszą.

Otóż niektóre moje wpisy mogą powodować, ze ktoś może poczuć się nieswojo, a ktoś inny może to źle zrozumieć. Nie chodzi mi tu, aby kogoś obśmiać, komuś dopiec, czy wytknąć coś (jak coś mi się nie podoba, to zawsze to powiem bezpośrednio danej osobie, a nie wywlekam tego na bloga). To co tu piszę, co może kogoś poruszyć jest raczej uzupełnieniem historii.

Tak może być w kwestii tego, że ktoś gdzieś wpadł, lub gdzieś został. Mi także zdarzają się takie rzeczy. To, ze ktoś gdzieś wpadł, to raczej z tego powodu, że nie było tego widać. Czasem ciągnąc rowery na przełaj przez pole nie widać tego co jest pod nogami. Osoba która idzie pierwsza, jest najbardziej narażona na upadki. To jest wiadome nie od dziś. Nie da się czasem po prostu tego przewidzieć.

Z drugiej jednak strony pozostawanie w tyle. Jest kilka powodów dla których można w wyjeździe grupowym zostać w tyle i nigdy to nie jest wyczerpanie fizyczne. Jeśli osoba zostaje w tyle, bo nie może jechać, to wtedy w łeb powinien dostać ten co prowadzi. Czasem ktoś zostanie w tyle po to by sobie zwyczajnie porozmawiać, lub pomyśleć. O ile jest to na trasie bardzo dobrze znanej, to nie jest problem.

Jest jeszcze jeden aspekt pozostawania w tyle. W trakcie długich wypraw (kilkudniowych) lepiej aby ktoś dobrze zorganizowany, silniejszy na ostatnim odcinku danego etapu trochę szybciej pojechał. Wiąże sie to z szukaniem noclegu. W ten sposób nocleg można znaleźć szybciej, grupa dojeżdża i ma już gdzie spać.

Osoby które ze mną ćwiczą, biegają, jeżdżą na rowerze nie należą do osób słabych. Wycieczki ze mną maja zazwyczaj po kilkadziesiąt kilometrów i prowadzą przez dość trudne trasy. Moich towarzyszy można podziwiać za tą siłę, co ja często w duchu też robię.

Fakt też jest taki, ze w grupie bardzo dobrze się podróżuje. To są moje najlepsze wypady, kiedy nie jadę gdzieś sam. Może to wytłumaczenie jest bardziej dla mnie, ale myślę, że komuś też może się przydać.

[PR]

wtorek, 28 czerwca 2016

Aplikacje w telefonie i GPS- bieganie z nowinkami techologicznymi

Wraz z rozwojem technologi, powstawaniem kolejnych nowinek technologicznych, pewne rzeczy znajdują dobre rozwiązanie w sporcie, także tym amatorskim. Często widzi się ludzi biegających z telefonem, w słuchawkach, z pulsometrem. Choć technologia za nas nie pobiega, nie spali zbędnych kilogramów, to jednak może być ona bardzo użyteczna. Dziś pochyle się przede wszystkim nad poruszaniem się z GPS.

Osobiście biegam, jeżdżę na rowerze i chodzę po górach z z włączoną aplikacją Endomondo. Służy to wielu rzeczom i daje mi jakiś obraz moich treningów. Jest też pewnym motywatorem. Co w takim razie w związku z tym?

Endomondo często służy mi do trzymania odpowiedniej prędkości podczas biegu. Pomaga mi w tym komunikowanie ile przebiegłem w jakim czasie i ile czasu biegłem ostatni kilometr. Dzięki temu wiem, czy mam przyspieszyć, czy też zwolnić, określić, czy bieg jest dobry i jaka mam obecnie formę.

Zapisywanie wyników jest także dobrą opcją do rywalizacji w kręgu znajomych. Jest to taka koleżeńska rywalizacja, która także motywuje. Nie chodzi tu jednak o niezdrową rywalizacje, ale poprzez szukanie czegoś fajnego.

Zapisywana droga, oraz pokazana mapa służy także utrwaleniu sobie trasy. Dzięki temu można zawsze do tej trasy wrócić. Można także określić przebytą drogę. Czasem chcesz opisać znajomym jakieś fajne miejsce. Pojawia się jednak problem, jak do tego miejsca dotrzeć. Można więc wykorzystać zapisana trasę z aplikacji w telefonie.

Jest jeszcze zapisywanie przebytych kilometrów. Mo to osobiście służy jako dodatkowa forma oszczędzania pieniędzy. Przebyte w miesiącu kilometry dzielę przez 10 i kwotę która wyjdzie przelewam sobie na konto oszczędnościowe. Nie są to duże kwoty (20- 40 zł miesięcznie), ale coraz pieniądze się zbierają i można je później przeznaczyć na coś fajnego.

Używanie aplikacji nie jest jednak pozbawione wad. Mnie najbardziej irytuje gubienie sygnału GPS. Aplikacja zaczyna wtedy przekłamywać pomiary. Nie można także wtedy pilnować prędkości biegu, bo nic nie mierzy trasy. Endomondo uzupełnia te braki prostą linią między punktami zgubienia i odnalezienia sygnału. Nie jest to jednak miarodajne, szczególnie na krętych trasach.

Mimo to, warto jednak zapisywać sobie te trasy nawet na pamiątkę, by kiedyś mieć czym się pochwalić dzieciom, wnukom, a może by móc do tego powrócić z uśmiechem.

[PR]

poniedziałek, 27 czerwca 2016

masowe imprezy sportowe



Jednym z ciekawych sposobów wykorzystania treningów, ruchu na świeżym powietrzu są imprezy masowe. Mają one wiele zalet, których nie da się nie dostrzec. Sam także startuję kiedy mogę i mogę coś o tym napisać.

Jak to jest z tymi imprezami? Faktem jest, że one zawsze są płatne. Nie są to jednak pieniądze zmarnowane. W cenie zawsze zawiera się pakiet startowy, medal i posiłek regeneracyjny (przynajmniej w tych biegowych). Jest to też forma dodatkowego wsparcia takiej imprezy, której przygotowanie wymaga wiele wysiłku, także logistycznego. Pakiety startowe są rożne. Niektóre bardzo fajne, w których można znaleźć ciekawe gadżety, koszulki, rabaty. Inne skromniejsze bez koszulek, z drobnymi gadżetami. To tak na prawdę zależy od zasobności organizatorów i od sponsorów takiej imprezy.

W moim przypadku były to imprezy biegowe. Przebieg nich opisywałem tutaj, oraz w obecnym nowym blogu (bieg gladiatora). Dla mnie to miało kilka dobrych rzeczy, z którymi chcę się podzielić.

Na takich imprezach można poznać ciekawych ludzi. Jest to sposobność do nawiązania ciekawych, bardzo fajnych relacji, opartych o koleżeństwo, czasem przyjaźń, ale także o sport. Większość startujących to amatorzy. Ludzie którzy maja jakieś pasje, którzy są ciekawymi osobami. Tak poznałem choćby blogerkę Agnieszkę, która na swoim blogu opisuje swoje starty w biegach górskich. 

Jest to także sposób na sprawdzenie siebie. Biegnie się wśród ludzi. To dodatkowo motywuje, daje więcej sił, daje dodatkową motywację. Właśnie na tego typu imprezach bije się swoje rekordy. Dodatkowo czas jest tu mierzony przed specjalizujące się w tym organizacje, takie jak choćby datasport. Potem wyniki są zapisywane na odpowiednich stronach internetowych, oraz przychodzą sms- em, lub emailem. 

Fajnie jest też mieć ze sobą kibiców. Na moje biegi często przyjeżdżają moi rodzice. Sam także jeżdżę kibicować kolegom, choćby na turniejach i galach sztuk walki, które są w okolicach. To także pomaga i motywuje startującego.

Jest jeszcze aspekt turystyczny. Dotyczy to choćby zbliżającego się półmaratonu szlakiem Riese, który będzie przebiegał w pobliżu wejść do sztolni (Włodarz, Osówka), oraz zabudowań zewnętrznych (np. Casino). Widziałem także podczas maratonu MTB w Górach Sowich jak kolarze przejeżdżając przez ciekawe miejsca, obok ciekawych zabudowań robili sobie ich zdjęcia. Ponadto jadąc gdzieś dalej, zawsze można zwiedzić miejscowość, w której impreza się odbywa.

Jest to tylko kilka zalet startów. Zalet które przede wszystkim ja dostrzegam. Dalsze starty w tego typu imprezach na pewno będę tu opisywał. 

Zapraszam do dalszego śledzenia mojego bloga, można go także śmiało komentować, pozostawić po sobie jakiś ślad.

[PR]